środa, 2 grudnia 2015

Im więcej mam, tym bardziej jestem?

Do napisania tej notki zainspirował mnie mój prezent urodzinowy, czyli Glossy Box, który dziś otrzymałam. Prezent bardzo mi się spodobał, sama bym pewnie sobie go nie kupiła, a teraz mam możliwość zobaczyć, co to jest. Dla osób niezorientowanych, jest to pudełko z zestawem kosmetyków, które można zamówić przez internet i przychodzi do nas pocztą w formie prenumeraty- można zamówić sobie jedno, albo subskrybcję i wtedy dostajemy kolejne co miesiąc, z różnymi kosmetykami. Oczywiście takie pudełka robią furorę w internecie, bo właśnie w internecie została wykreowana na nie moda i chyba tylko w internecie są popularne. Ale hej, gdzie my jesteśmy? No przecież w internecie!
Oglądam sporo filmików w internecie, recenzje kosmetyków, przeglądy zakupów, przeglądy szafy, filmiki o porannym szykowaniu się, przeglądy zużytych kosmetyków. Działa to na mnie relaksująco, odmóżdżająco, ale zastanawiam się, jak bardzo takie filmiki są nakierowane na konsumpcyjny styl życia. Większość opisuje, co się sobie kupiło i co widz powinien sobie kupić. Weźmy pod uwagę, że autor takich filmików raczej wszystkich kosmetyków sobie sam nie kupił (niektórzy twierdzą inaczej, może na początku tak jest, ale znane youtuberki mają co miesiąc tyle nowych kosmetyków, że niemożliwe, żeby wszystko to sobie same kupowały). Przyznaję się bez bicia, że kilka rzeczy sobie kupiłam pod wpływem rekomendacji z internetu, więc wiem, jaka jest siła tej sugestii i przekazu. Raz nawet złapałam się na tym, że chciałam kupić lakier polecany przez blogerkę w filmiku na YT, zamiast lepszego lakieru, niepolecanego w internecie. Trochę jest to działanie autorytetu, bo ktoś, kto ma szeroką publiczność na Youtubie może być autorytetem, trochę chęć naśladowania, bo kupiłam sobie tusz, który polecała taka a taka, więc może jestem trochę taka, jak ona?
Zastanawiam się, jaki wpływ takie treści, autorytety, przekazy mają na młodsze osoby, które są bardziej podatne na sugestie i nie mają do wszystkiego dystansu. Dziewczyna z liceum ogląda recenzje drogich kosmetyków, na którą jej nie stać i myśli sobie, że musi mieć paletkę Naked 3, żeby nie być gorsza. Czy ktoś sobie tak myśli? Całkiem możliwe. Sama pamiętam, jakie ważne w szkole czy w liceum było dla mnie, żeby mieć to, co inni, choćby nawet było to głupie.
Więc z jednej strony nie podoba mi się ta powierzchowność, ale z drugiej oglądam te filmiki, choć niektóre biją rekordy naiwności. No bo jak można kręcić filmik "My morning routine" i pokazywać, że dziewczyna się budzi, a obok, na jej nocnym stoliku, stoi zapalona świeczka? W ogóle jak można nakręcić filmik o tym, jak się wstaje rano z łóżka? Trzeba ustawić kamerę, statyw i udawać, że się śpi, koniecznie w ładnej pozycji i bez śpiochów w oczach. Potem krótka i wcale nie reżyserowana scena przytulania się w łóżku- serio, czasem zastanawiam się, ile brakuje, żeby youtuberzy zaczęli nagrywać filmy pornograficzne, skoro i tak już pokazują, jak się budzą, jak chodzą na zakupy, jak się myją, malują, gotują itd. Niektórzy jeszcze pokazują, jak po pogodnym przebudzeniu radośnie i spontanicznie wypełniają sobie dzienniczki- https://www.youtube.com/watch?v=d0h_WA-gyJ0 . To chyba dla mnie był szczyt absurdu.
Może nie powinien mnie dziwić taki ekshibicjonizm- w końcu dla tych osób to praca i źródło utrzymania. Taka np. Estee Lalonde aka Essie Button- biorąc pod uwagę, ile filmików ona wrzuca, to musi być jej jedyne zajęcie. Wszystko na pokaz, zakupy, gotowanie, czas wolny- ludzie chcą to oglądać, więc to się sprzedaje.
Jakbym miała jakoś podsumować tą notkę, to byłoby: uważam, że internet promuje komercyjny i płytki styl życia i najwyraźniej jestem tym zachwycona, bo nie mogę się oderwać od internetu!

czwartek, 8 października 2015

Mój pies jest chory. Co robić?

Wydaje mi się, że już sporo podobnych notek powstało, więc zastanawiałam się, czy warto pisać coś takiego. Pomyślałam, że może jednak kogoś to skłoni do refleksji. Jeśli ktoś trochę się zastanowi i zmieni swój punkt widzenia, to może jednak warto napisać te parę słów. 

Wystarczy przygarnąć szczeniaka czy kociaka od znajomych, których suczka lub kotka akurat urodziła dzieci. Na początek smycz czy kuweta, jakieś szczepienia, wyprawka dla maluszka, karma ze sklepu zoologicznego, prawdopodobnie ta reklamowana w telewizji, bo przecież jest dobra. Nie trzeba mieć pozwolenia na posiadanie zwierzaka, nie trzeba pisać testów, każdy ma prawo mieć zwierzę.
Na początku problem jest ignorowany. Zwierzak ma dziś gorszy dzień, ma słabszy apetyt, może zaczyna grymasić. Ma wymioty czy biegunkę- coś mu widać zaszkodziło. Nie chce się bawić- może już się starzeje. Problem się utrzymuje- zapala się czerwona lampka, jakieś poczucie odpowiedzialności za tego zwierzaka, w końcu jest markotny, chyba się coś z nim dzieje. Czasem też objawy zaczynają być uciążliwe dla właściciela- sika w domu, brudzi dywan, zaczyna od niego śmierdzieć. Coś trzeba z tym zrobić. I wtedy właściciel wklepuje pytanie do internetu. Mój pies jest chory, co robić?

Pytanie w internecie nic nie kosztuje, a może ktoś coś doradzi, może czyjś pies miał coś podobnego i pomógł mu jakiś domowy sposób? A może to coś niegroźnego i wystarczy obserwować? Wszystko po to, żeby właściciel poczuł się lepiej, poczuł się usprawiedliwiony. A zwierzę? No przecież nie powie, że je boli.

Właściciele często ignorują, bagatelizują, udają, ze nie widzą oznak choroby. Znamienne słowa w "Chorobach wewnętrznych małych zwierząt" (książka amerykańska, żeby nie było, że to tylko w Polsce)- "Guzy gruczołu mlekowego często są obserwowane na wiele miesięcy przed zasięgnięciem porady weterynaryjnej". Myślę, co czują ci właściciele. Czy przez kilka miesięcy liczą na to, że guz się zmniejszy? Czy boją się przyznać, że pies jest ciężko chory i wolą tego nie zauważać? Czy może po prostu wcale ich to nie obchodzi?

Telefon do lecznicy od stałej klientki. Pies sąsiadów zachorował i leży od wczoraj bez pomocy, więc pani pokryje koszty jego leczenia, ponieważ jego właściciele nie mają pieniędzy i nie mogą się tym zająć, poza tym chyba zdrowie psa nie jest u nich priorytetem. Nie ma żadnej fundacji, która by sfinansowała leczenie psa i oddała go właścicielom, każda fundacja może co najwyżej przejąć zwierzę i potem je leczyć. Może tak jednak byłoby lepiej? Przemiły, młody, łagodny pies, z pewnością by znalazł nowy dom.
Posiadanie zwierzęcia to nie prawo. To luksus i obowiązki. Na taki luksus nie każdy zasługuje.

Późnym wieczorem ludzie przynoszą psa do lecznicy. Pies w ciężkim stanie, standardowo "wczoraj jeszcze wszystko było dobrze", więc trzeba przeprowadzić pełną diagnostykę, podejrzenie krwawiącego nowotworu w jamie brzusznej. Czekamy na wyniki podstawowych badań, jednak rano właściciel dzwoni z pretensjami, że stan psa się nie polepszył, on musi go uśpić i po co zostali naciągnięci na badania, trzeba było psa od razu uśpić.

Obserwowane od jakiegoś czasu w mediach społecznościowych- plaga porzuceń starszych yorkshire terrierów. A więc porzucenie psów to nie coś, co dzieje się na wsi, gdzie ludzie wyrzucają z domów kundle. Ci ludzkie kiedyś specjalnie kupili sobie za kilkaset złotych przemiłego, słodkiego yorka, pieska modnej rasy. Wydawałoby się, że piesek "rasowy", trochę kosztował, więc chociażby z tego powodu będzie miał jakąś wartość. No i ma, dopóki nie stanie się starym, śmierdzącym, sikającym pod siebie, złośliwym z powodu starczej demencji, brzydkim dziaduniem. Tu sentymenty się kończą. Przywiążę pod sklepem i po niego więcej nie wrócę.

Nie każdy musi mieć zwierzę. Jeśli już przygarniasz pod swój dach zwierzę, masz obowiązek zapewnić mu taką samą opiekę jak sobie albo swoim dzieciom. Nie można czuć się dobrze i patrzeć, jak zwierzę choruje sobie po cichu. Najgorsze jest to ciche przyzwolenie na cierpienie, bo właściciel przecież wie, że zwierzę się źle czuje, ale nic z tym nie robi.

Starsza pani przynosi do lecznicy małą suczkę, też starszą. Na brzuchu guz, pani sama się przyznaje- no trochę to zaniedbałam... Okazuje się, że to przepuklina wypełniona ropomaciczem, czyli macicą w stanie zapalnym z ropną treścią. Leczenie tylko operacyjne, rokowania niepewne. Koszt około tysiąc złotych. Mówię o tym właścicielce, pytanie- Operujemy? A pani na to- Operujemy! Najwyżej miesiąc nie będę jeść! Operacja się udała, suczka przeżyła.

Praca lekarza weterynarii to praca z ludźmi. Ludzie są różni, niektórzy potrafią uskrzydlić, inni podcinają skrzydła. Zdarzają się oszołomy, przemądrzalcy, bogate sknery, chamy, prostacy. Oczywiście większość to normalni, mili ludzie, z którymi przyjemnie się rozmawia, mają śmieszne powiedzonka na temat swojego Lucka, Albusia, Pusi, Kici, Brusika czy Maksia. Jednak czasem zdarzają się tacy, którzy nawet nie próbują zapewnić zwierzakowi opieki. Przychodzą jeden raz na wizytę, a na kontynuacji leczenia się nie pokazują.
Przyszli do mnie klienci z yorkiem z chorym zębem, pyszczek opuchnięty, piesek bardzo cierpi, bo nawet nie pozwala się dotknąć. W książeczce wpisy o wcześniejszym leczeniu tego zęba antybiotykiem, zdziwiłam się, bo taki stan zazwyczaj wymaga już usunięcia zęba. Podałam leki, kazałam przyjść na usunięcie zęba i .... nie przyszli do tej pory. Nie wierzę, że psu się polepszyło, więc właściciele pewnie patrzą na niego i olewają. Albo jeżdżą coraz dalej do lecznic, żeby w każdej się pokazać tylko raz, usłyszeć to samo, co ode mnie i nigdy już tam nie wrócić. Ze wstydu.

W większości lecznic można rozłożyć płatność na raty. Nie ma problemu, jeśli ktoś mówi- zapłacę później. W ostateczności (choć tego nie pochwalam, ale lepsze to niż nie zrobić nic) można nawet nie zapłacić, ale prędzej zrozumiem takie oszustwo, niż brak pomocy żywej istocie.
Niestety czytałam już wiele poruszających, drastycznych postów na forach internetowych, opisujących ciężkie objawy u zwierząt, krwawą biegunkę, ropiejące rany, wymioty od miesiąca... I to pytanie: Mój pies jest chory, co robić? Czy tak trudno wpaść na to, żeby z nim iść do weterynarza?

wtorek, 29 września 2015

Sukalent albo sikulent

Rosną sobie takie roślinki na pustyni. Takie małe samolubki, bo jak wodę znajdą, to już chwycą i nie oddadzą. Ubierają się w kolce ostrzejsze niż ćwieki przy skajowej kurtce z lat osiemdziesiątych albo włosy z wełnianego swetra, są też odmiany z listkami tłustymi i twardymi jak skóra na półdupku hipopotama. Zwą się sukulenty, od łacińskiego słowa succulentus, czyli soczysty, więc polska wersja powinna być sokulent. Jak sokowirówka albo wiśnia sokówka. Ooo, to właśnie mi przypomniało piwo wiśniowe Kriek z pubu nieopodal, pyszne, kwaśne i wiśniowe! No ale nic.
Więc są te roślinki. Ja je zwę sukalenty, bo są małymi samolubkami i zabierają wodę, z nikim się nie dzieląc. Wyobraźcie sobie, że jesteście biedną małą trawką, rosnącą na pustyni, a tuż obok wielki tłusty sukulent, napuszony i wystrojony jak Turek ze Wspaniałego Stulecia. Ty umierasz z pragnienia, a on sobie na to gwiżdże jak dziecko z wodogłowiem w saunie. Haha haha.
Można też nazwać je sikulenty, bo gromadzą wypitą wodę, a każde dziecko wie, że wypita woda zamienia się w siki. Wypita woda może też zamienić się w kałużę w śmietniku, albo w wodę w jeziorze, if you know what I mean.
Czemu piszę o sukulentach? Otóż są małym elementem wielkiej zmiany, która się rozpoczyna, lub w najgorszym razie jest w planach, czyli rearanżacji mojego pokoju. Mam w planie malowanie (powiedzmy sobie szczerze, planuję to już od kilku miesięcy), ale na razie zrobiłam zakupy w Ikea i kupiłam sobie sukulenty w Obi, bo poprzednie kwiatki były już pogryzione i skasowane przez Bożenkę. Do ślicznych roślineczek dokupiłam osłonki na doniczki w stylu wyrobu ceramicznego zdobionego grzebieniem i wszystko to przywiozłam do domu, po drodze wywołując korek na rondzie, bo nigdy nie byłam zbyt dynamicznym kierowcą, a tym razem jeszcze musiałam uważać na łatwotłukących się pasażerów. Generalnie moja jazda po rondzie zwykle polega na kilkukrotnym upewnieniu się, czy nic nie jedzie, aż za mną zaczną trąbić, a wtedy wjeżdżam na oślep ;)
Całość aranżacji prezentuje się tak:

Wyjątkowo stylowo, mogłoby iść do magazynu Moje ch*jowe wnętrze :) Kominek zapachowy w kształcie Japonki z dziurą w głowie pochodzi ze zbiorów prywatnych, a konkretnie ze sklepu z używanym wszystkim, gdzie lubi robić zakupy moja mama. Ale jednak jestem zadowolona i trochę się cieszę, bo to takie śliczne uciu puciu malutkie roślineczki.



uciu puciu tini łini malutkie kolczuszki







środa, 5 sierpnia 2015

Będę klepać biedę

W sumie było to oczywiste, ale jakoś nie do końca do mnie docierało. Mam nadzieję, że do czasu, kiedy bieda zacznie mi doskwierać, Państwo Polskie wymyśli jakiś sensowny system zapomogi socjalnej, który uchroni mnie przed życiem pod mostem jako odrażająca, nieumyta, bezzębna kreatura z odrostami, niezdejmująca kaloszy przez pół roku, żeby nie ukradli. Ale nie będą to kalosze Huntera, o niee.
Dziś przyszło do mnie pismo z ZUSu, podsumowujące moje osiągnięcia w dziedzinie płatności składek na ubezpieczenie społeczne. Co miesiąc odprowadzam składkę na ZUS w wysokości 160zł, z czego w piśmie napisano, że składki na ubezpieczenie emerytalne zaksięgowane na moim koncie to 61 zł miesięcznie. Już nawet nie będę pisać, jakie żałosne sumy z tego wychodzą, powiedzmy ogólnie, że po 3 latach od ukończenia studiów na koncie emerytalnym mam sumę jednej emerytury- na jeden miesiąc. Ogólnie myślenie o starości mnie dołuje, a takie informacje doprowadzają mnie na skraj depresji. W ogóle po co robić cokolwiek?
Jeśli jeszcze wczoraj bym wiedziała, jak te sprawy się przedstawiają, to bym nie szalała na tygodniu azjatyckim w Lidlu, kupując chlebek Naan i ryż do sushi. Och, chlebku Naan za 4 zł, pogrzebiesz mnie ekonomicznie, za 4 zł bym kupiła 25 bułek kajzerek!
Smutne moje myśli kłębią się dookoła przeszkód socjo- ekonomicznych, z którymi borykają się osoby bez partnera. W tej chwili brutalnie myślę sobie, że na dłuższą metę partner jest potrzebny do zapewnienia większej stabilizacji ekonomicznej. Jak to było w reklamie jakiegoś suplementu diety- łatwiej, gdy ma się oparcie z dwóch stron, mówiła Krystyna Czubówna. Na przykład- gdy partner dużo zarabia, to partner nr 2 może zarabiać mniej i np. wychowywać dziecko. A jeśli partner nr 2 by wychowywał dziecko sam, to by już wydeptał ścieżkę do MOPSu i wiedział z dokładnością do tysięcznych części grosza, gdzie na bazarku są najtańsze bułki itd.
Dziś sama taszczyłam z samochodu dwie zgrzewki wody i moje wysiłki były godne co najmniej Oskara, a jeśli nie, to Złotej Maliny. Zakupy silnej i niezależnej kobiety- dwie zgrzewki wody, pół melona i kocia zabawka typu kula- smakula (pani w sklepie mnie poprawiła, że to się nazywa snack- ball). Minął mnie sąsiad, nonszalancko niosąci w jednej ręce 10 zgrzewek wody, wsiadłam po nim do windy, co odgadłam z tego, że owionął mnie duszący obłok męskich perfum, nie do pomylenia z niczym innym. Jeszcze tylko przestawić samochód bez klimatyzacji i można wrócić do oglądania Wspaniałego Stulecia. Kurtyna.

sobota, 1 sierpnia 2015

Cóż wiemy o miłości? Nic albo prawie nic

Czy jakoś tak było w piosence. Nie wiem, czy wyjdzie mi ta notka, ale postanowiłam spróbować zestawić moje spostrzeżenia z tymi lansowanymi w środkach masowego przekazu. W końcu miłość to rzecz, o której powstało nieskończenie wiele wykluczających się aforyzmów, oksymoronów itd. Co to jest oksymoron? To uprzejmy kierowca! Hahaha, suchar :D Albo coś podobnego- jak Saul Berenson mówił do Carrie w Homeland- You are the smartest and fucking dumbest person I've ever known. Jak to ktoś nie widział serialu Homeland? No ale jak zwykle, kultura masowa woli skupić się na czymś bezsensownym i oderwanym od rzeczywistości, jak Gra o Tron, a nie na serialu o CIA i terroryzmie, przecież to takie straszne, bo takie prawdziwe!
Jeden z moich ulubionych filmów o miłości, czy mniej więcej o miłości (nie, w sumie to wcale nie o miłości) to The Other Woman. Kocham Leslie Mann! Kocham ją za scenę, kiedy rzyga do torebki, kocham, gdy chodzi z wielkim psem, gdy zakłada suknię ślubną i płacze, jedząc bitą śmietanę przez welon i Cry inside like the winner !

więc jeśli chodzi o miłość, płaczmy wewnątrz, jak zwycięzcy. Rzucił cię chłopak?- nie pokazuj mu swojego bólu, choć to jest coś, na co ja zawsze miałam ogromną ochotę, zawsze chciałam przebrać się za kloszarda i chlipać u niego na klatce schodowej, aż zadzwonią po hydraulika, bo chyba rury przeciekają. Myśląc logicznie, trudno powiedzieć, jaki to miało odnieść skutek- pewnie chciałam, żeby zobaczył, jak bardzo mnie zranił. No bo jeśli mnie rzucił, z jakiegoś powodu, to jeśli zobaczy, że ja jestem zraniona, ten powód zerwania zniknie i będzie chciał do mnie wrócić? Logiczne.

Kolejny film, trochę bardziej o miłości, to He's Just Not That Into You (w polskim tłumaczeniu "Kobiety pragną bardziej", a nie po prostu "On tak na ciebie nie leci"). Cudowna kompilacja kobiecego sposobu myślenia. Niech każda się przyzna, jakie to głupoty robiła, żeby zwrócić na siebie uwagę płci przeciwnej. Wymyślane preteksty do spotkań, do telefonów, a jaka była radość, gdy ktoś napisał smsa, choć pewnie napisał smsa dlatego, że siedział na kiblu i mu się nudziło. Ewentualnie może dlatego, że on wiedział, że jestem w friendzone, a ja jeszcze nie ;)

Pierwsza moja miłosna przygoda (nie licząc ślubu kolonijnego) miała miejsce w liceum, kiedy to poznałam kuzyna koleżanki. Było to zupełnie nowe i cudowne uczucie, gdy ja byłam kimś zainteresowana, a ten ktoś, o niebiosa, był zainteresowany mną. Widywaliśmy się przez jakieś dwa miesiące, po czym stwierdziłam, że w sumie chyba nie jestem aż tak bardzo nim zainteresowana, potem trochę żałowałam, a potem on żałował i wysłał mi list z wierszem miłosnym, który w zasadzie był przepisanym "Deszczem jesiennym" Staffa, ze zmienionymi rymami. Kilka lat temu dowiedziałam się, że stał się bardzo wierzący i ożenił się z inną bardzo wierzącą dziewczyną, którą poznał, kiedy jeszcze się ze mną widywał, tak przynajmniej wynikało z opisanej przez nich historii miłosnej. Good for him, anyway.
Kolejna historia miłosna nastąpiła w zasadzie kilka miesięcy później, po wakacjach, kiedy poznałam Moją Wielką Miłość. Miałam wtedy 17 lat. Zaczęło się w zasadzie podobnie, jak ta poprzednia, z tym, że ten chłopak był, no wtedy w moich oczach był ideałem. Tak naprawdę do tej pory nie potrafię zdecydować, czy miałam tak wielkie szczęście, że go poznałam, czy może tak wielkiego pecha. Najprawdopodobniej i to i to. Niestety wielkie szczęście trwało krótko, bo przed kolejnymi wakacjami dowiedziałam się, że Moja Wielka Miłość (czy pisałam, że był cholernie inteligentny i piekielnie pracowity?) dostała stypendium i wyjeżdża do szkoły za granicę. Rocznie 10 osób z Polski dostaje to stypendium, ja pier***ę, a on musiał być jedną z nich. Przejebane.
I co mi pozostało- patrzeć na jego zdjęcia na fb z jego dziewczyną i słuchać Adele "Someone like You". Echch...

Najgorsze jest to, że miałam kilku mniej lub więcej chłopaków, którzy mnie mniej lub więcej rzucali, albo ja im dawałam kosza, ale to należy do przyszłości i nawet mnie już nie interesuje, co się z nimi dzieje, a nawet jeśli trochę mnie to interesuje, to tylko z ciekawości. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby. Tylko tu- gdyby... Wiem, że na pewno byśmy się później rozstali, ale zawsze zostaje to- gdyby...

Trudno mi zdecydować, czy lepiej poznać kogoś cudownego i potem cały czas wracać myślami do przeszłości i żałować, czy może nie poznać i nie wiedzieć, że komedie romantyczne nie zawsze tak do końca kłamią. A gdyby tak życie potoczyło się jak komedia romantyczna? Jak w Love, Rosie- pojadę na jego ślub, ubiorę i uczeszę się pięknie, domaluję sobie grube brwi i na weselu wzniosę toast, życząc mu szczęścia, choć w oczach będą błyszczeć mi łzy... Ale niestety jest kilka przeszkód, które utrudnią mi zrealizowanie mojego planu, jak choćby to, że wszyscy by umarli ze śmiechu, gdy zaczęłabym mówić po angielsku, nikt by nie zrozumiał, o co mi chodzi, a pan młody pewnie by pomyślał, że po prostu pytam, gdzie jest toaleta...
Dodaj napis

Strasznie przysmęciłam w tej notce, choć mam wrażenie, że i tak przeszłam tylko po łepkach tematu. Jakaś konkluzja na koniec- większości ludzi jest pisany jakiś związek. Część jest szczęśliwa, część nie. Może to kwestia przypadku, może wyboru, może pracy czy szczęścia. Teraz już wiem, że miłość to nie  "fatalne zauroczenie" w stylu- ja cię kocham, a ty mnie nie, więc ugotuję twojego królika.
Na zakończenie jeszcze jedna smętna piosenka, dla tych, którzy dotarli do smętnego końca tej egzystencjalnej notki.

środa, 29 lipca 2015

Wszystkie kary na mnie idą

Pierwsza kara rozpoczęła się podczas pobytu na działce, gdy obudziłam się po kiepsko przespanej nocy na uroczym tapczaniku. Tapczaniki są dziełem mojej mamusi, która, jak zawsze, najpierw pół roku jęczała, że coś tam trzeba kupić, a potem nagle i zupełnie spontanicznie kupiła jakieś sklejkowo- dyktowe tapczany na bazarze (niee, Ikea to za daleko, jak my stamtąd dowieziemy) i od tego czasu jęczy, że są niewygodne. Cóż, życie, życie jest nowelą. Choć może biorąc pod uwagę, jak się zabieram do malowania pokoju, pewne cechy rodzinne są jednak rodzinne. Jednak zamieszczę zdjęcie, na jaki kolor bym chciała pomalować pokój.
Sypialnia w kolorach Sweet Memory, farby Dulux
No powiedzmy. Szkoda tylko, że mam meble w kolorze olchy, więc może trzeba byłoby przemyśleć, jaki inny kolor by do tego pasował. Dobra, kończę już tą dygresję.
Obudziłam się rano po nocy nieprzespanej na tym madejowym łożu (niestety bez żadnego Madeja, kimkolwiek miałby być), wzięłam z szafki telefon, a w tym momencie lewa ręka puściła telefon i z premedytacją walnęła mnie w twarz. Telefon spadający na twarz i atakująca ręka trochę mnie rozbudziły, więc podniosłam się z łóżka i zauważyłam, że lewa ręka się rusza, choć nią nie ruszam. Na początku wydawało mi się to śmieszne, ale po chwili stwierdziłam, że ogólnie to nie wiem, o co chodzi, mam chyba udar albo coś w tym stylu. Po kilku minutach udało mi się zacząć ruszać ręką, ale przypominało to sterowanie sondą wysłaną na Plutona- nic nie działało automatycznie, tylko musiałam świadomie wysyłać sygnał- ja do ręki, ja do ręki, czy mnie słyszysz, złap klamkę... itd. Okropne uczucie, całe szczęście powoli stopniowo zaczęło ustępować, ale jeszcze przez kilka godzin miałam rękę trochę obcą. Wniosek z tego taki, że w nocy ręka musiała mi bardzo zdrętwieć i takie były efekty.
Tego samego dnia wracałam do domu z działki (całe szczęście lewą ręką obsługuje się tylko kierunkowskaz, w sumie mało ważna rzecz w Warszawie, gdzie kierowcy lubią być tacy taaajemnnniczy, żeby nikt nie wiedział, gdzie jaśnie państwo jedzie), zjadłam wieczorem kanapeczkę i poszłam spać. W nocy śniło mi się, że zjadłam coś nieświeżego, obudziłam się i zgadnijcie co- to nie był sen, błeeeee. Niedobrze mi, brzuch mnie boli jak sto pięćdziesiąt, temperatura prawie 39 stopni, a w głowie mętne wspomnienie kanapeczki w pastellą jajeczną, która wcześniej spędziła x czasu poza lodówką i wracała w bagażniku samochodu.... Bueeeech. Całe szczęście stan nie wymagał interwencji sił boskich i zakończył się w miarę szybko, a tego samego dnia wieczorem nawet pani w Biedrze spytała się mnie o dowód, a potem się okazało, że byłam od niej o 4 lata starsza. Buahaha.
Trzecia kara nadeszła po tygodniu, gdy w pracy chciałam kotu podać tabletkę, oczywiście z taką miną- ohoho, co za problem, zaraz podam pani kotu tabletkę, proszę tylko patrzeć, hahaha, ta DAM! i wyjmuję z kociego pyska przegryzioną na pół tabletkę wraz z przegryzionym paznokciem. Na początku jeszcze nie bolało mnie tak strasznie, więc myślałam, że może nie będzie tak źle, ale potem BYŁO ŹLE. Niestety przez kolejne dwa dni dalej musiałam chodzić do pracy, więc profilaktycznie obandażowałam sobie cały palec, jakbym miała go co najmniej złamanego, ale i tak na świecie byłam tylko ja i mój palec, zatopieni w uniwersum bólu. Palec, palec, palec. Palec wielkości szafy, na drzewie rosną małe paluszki, za oknem latają paluszki, w telewizji paluszki, kierownica samochodu ma paluszki, cały  świat porośnięty palcami jak trawą. Palec tak spuchnięty, że myślałam, że eksploduje, boli na okrągło, od samego patrzenia, w nocy sen o tym, że sobie odcinam ten palec i komuś oddaję do wyleczenia, bo niby czemu ja muszę się z tym palcem męczyć? Na podstawie mojego palca mogłam dokładnie prześledzić rozwój zapalenia, bo po dwóch dniach rozmiażdżona tkanka mojego palca przeszłą z fazy tumor rubor calor dolor do fazy ubi pus ibi evacua, czyli mówiąc po polsku, po prostu pod paznokciem zebrała się ropa, którą bez żadnych problemów udało się bezboleśnie usunąć. Skutkiem ubocznym niestety było to, że paznokieć nie trzyma się za dobrze ropy, a już tym bardziej tego, co zostaje po usunięciu ropy, więc od tamtej pory, czyli dokładnie od 3 tygodni, mój paznokieć trochę lewituje, a ja modlę się, żeby szybko odrósł. Oczywiście brałam antybiotyk doustnie, moczyłam w sodzie i w rivanolu, tylko aloesu sobie nie przyłożyłam, bo z bolącym palcem nie chciałam jeszcze majstrować przy obcinaniu liści aloesu, bo to by się skończyło poważniejszymi uszkodzeniami.
I czemu te wszystkie kary na mnie ido? Bo jestem kobietą, która nienawidzi ludzi! Tak!

czwartek, 23 lipca 2015

Lato w mieście

Co lubię w lecie w mieście?
Banalnie- lubię ten spokój, mniejszy pośpiech, gdy jest mniej ludzi na ulicach, widać rodzinki pakujące się do samochodów z tobołkami, parasolami, piłkami plażowymi. Lubię długie wieczory i wczesne ranki, gdy jest jeszcze chłodno, lubię letnie ubrania.
Lubię krótkie wypady za miasto, jak na przykład ten do Ciszycy. Nie zrobiłam za dużo zdjęć, bo bałam się, że mi się zapiaszczy aparat. Wypad oceniam bardzo pozytywnie, może oprócz tego, że piasek miał milion stopni Celsjusza, Farenheita i Kelvina razem wziętych. Gdy przyjechałyśmy na plażę, jeszcze dało się jakoś po nim przejść, ale koło godziny 14 po prostu parzył tak, że ledwo dało się po nim przejść. Niestety plaża ma jakieś 200m szerokości, więc te 200m po prostu trzeba pokonać na piechotę, cierpiąc. 

Jak wreszcie dotarłyśmy w drodze powrotnej do samochodu (przypominam, samochód bez klimatyzacji), to poczułam, że mam te dwa miliony gruczołów potowych z reklamy leku na pocenie się. Żeby to zobrazować, napiszę jeszcze, że wypiłyśmy dwa piwa bezalko i sporo wody ciepłej jak siki (trzeba brać torbę termiczną, wykrzyknik!) i nie chciało nam się sikać. Woda w Wiśle obrzydliwa, ma smrodek, chociaż to przed Warszawą niby, jest szlamik na dnie, ale mimo to jacyś straceńcy się kąpali. Jedyny powód, dla którego weszłam do tej wody, to dlatego, że już nie mogłam wytrzymać tego gorącego piachu.
Lubię wieczorem siedzieć na balkonie i patrzeć, jak miasto stygnie. Niestety nie zawsze dostaję zaproszenie na balkon do Wredonisi, a mój balkon nie oferuje żadnej rozrywki, oprócz tego, że jest balkonem. U Weronisi przynajmniej są krzesełka i nie są to krzesełka wystawione tam tylko po to, żeby na nich się wietrzyła pościel ;)
Wredonisia mogłaby napisać notkę o swoich kwiatkach na balkonie, ale to by było chyba coś w stylu Pani Basi z klatki B, czyli tragedia Posejdona :)
Lubię okulary słoneczne, w których każdy dobrze wygląda, lubię sandały, bo nie trzeba ich wiązać jak trampki i noga się nie poci jak w balerinkach.
Lubię letnie kolory lakierów do paznokci, na przykład różowy, jak Rimmel Salon Pro Angel Wings. Najpiękniejszy jest Cute as a Button z Essie, ale akurat go nie mam :(

A czego nie lubię?
Nie lubię być spocona, nie lubię, gdy z twarzy mi spływa krem, makijaż i co tam jeszcze jest, nie lubię, gdy inni ludzie są spoceni, bo to nieprzyjemne. Nie lubię jeździć samochodem, gdy jest tak gorąco, bo nie mam klimy. Nie lubię dziwnie porozbieranych ludzi, ale nie będę drążyć tego tematu, żeby nie narzekać. Dość wspomnieć, że nie rozumiem, czemu faceci zdejmują koszulki, koniec kropka.
Nie lubię smarować się kremem do opalania, bo brudzę sobie nim ubrania. Nienawidzę, gdy jest tak gorąco, że nie da się spać. I tak co roku, lato właśnie jest w pełni, a potem się skończy i będziemy już narzekać na jesień :)
w żółtych płomieniach liści...



piątek, 3 lipca 2015

Lato, lato, lato czeka...

Razem z latem czeka rzeka
Razem z rzeką czeka las
A tam ciągle nie ma nas!

Ale już byłyśmy tam, gdzie czeka rzeka, na garnuchowym weekendzie we wsi Łazy, którą już kiedyś tak pięknie opisała Wredonisia http://wredonika.blogspot.com/2011/09/gwizday-my-oj.html
Weekend zaczął się w piątek, gdy styrane pracą wsiadłyśmy do miszubiszi i pognałyśmy drogą wyszkowską w kierunku odwrotnym do zachodzącego słońca. Wcześniej jeszcze byłam na szybkich zakupach w Biedrze, ale niestety nie było sosu tzatziki firmy Zott, więc kupiłam tylko w pytę kurczaka, cukinii, chipsy, napoje i inne smakołyki. Pozostałe uczestniczki wycieczki też zrobiły podobne zakupy, więc ogólnie jedzenia było w bród, żeby nie pisać do wyrzygania, bo to nieładnie.
Przyjechałyśmy na miejsce i rozpoczął się grillujący wypoczynek!
W trakcie grillowania słuchałyśmy wspaniałych przebojów, takich jak "Little Crazy Party Girl" albo cała dyskografia zespołu Kelly Family, a ja byłam zmuszana do picia piwa Kasztelana powiększonego do 568ml GRATISSS pod groźbą oblania herbatą. Psy dzielnie uczestniczyły w grillu.
Grill zjedzony, garnuchy się pospały, wcześniej jeszcze w tv obejrzałyśmy wywiad Kuby Wojewódzkiego z Moniką Jaruzelską i Gosia się dowiedziała, że Jaruzelska napisała więcej niż jedną książkę, a co gorsze jak te książki przeczytałam. Rano trzeba wstać, nie za bardzo rano, bo koło 11, ale niestety psy zbudziły się wcześniej, bo wstałam się napić wody. Po śniadanku wreszcie czas na plażowanie!
Co za radość, co za szczęście, pies wykąpał się nareszcie!
Cały dzień spędziłyśmy na plaży, rzucając psu coraz większe patyki, kąpiąc się w wodzie po kolana i opalając blade nóżki. Co za cudowny dzień, gdy nic nie trzeba robić, na plaży mało ludzi, ciepło, ale nie gorąco, a wieczorem czeka grill i szaszłyki!
Następny dzień był w przybliżeniu powtórką poprzedniego, tylko wieczorem trzeba było wziąć łaszki pod paszki, ogarnąć się i wrócić do Warszawy. Zostało nam trochę niezjedzonego kurczaka, którego wurzuciłyśmy do lasu, żeby sobie zjadł jakiś lisek, ale po 5 sekundach przyleciał wsiowy burek i skonsumował.




wtorek, 16 czerwca 2015

Smutek i zwątpienie to tylko złudzenie

Wszyscy znają chyba to uczucie smutku i zwątpienia, gdy szara codzienność przytłacza, a świat jakoś nie chce się wydać ani trochę bardziej kolorowy. Mam wtedy wrażenie, że znajomym jestem potrzebna tylko po to, żeby mnie mogli krytykować, rodzicom tylko po to, żeby się z nimi kłócić, pracuję tylko po to, żeby płacić podatki, a wolne dni są tylko po to, żeby oglądać Wspaniałe Stulecie.
ładny widok Warszawy z 39 piętra
Byłam w zeszłym tygodniu na rozmowie kwalifikacyjnej do międzynarodowej firmy, siedziałam w tej recepcji eleganckiego biura na n-tym piętrze i zastanawiałam się, gdzie ja jestem i za jakie grzechy się tu znalazłam, czułam się jak bohaterka jakiejś amerykańskiej komedii w stylu "Absolwentka" (nawet fajny film, może znów obejrzę), ale potem nie było tak źle, musiałam tylko odpowiadać na korpo- pytania i coś zabełkotać po angielsku, teraz czekam na odpowiedź.
W zeszłym tygodniu nastąpiło też dość żałosne w skutkach spotkanie z osobą poznaną na sympatii, spotkanie bym oceniła jako mocno średnie, ale doczekało się ono idealnej puenty. Po spotkaniu postanowiłam nigdy więcej się nie odezwać do tego osobnika, żeby pozwolić mu dojść samemu do oczywistych wniosków, jednak brak odpowiedzi na sms nie dał mu do myślenia i jeszcze pisał do mnie wiadomości, że miło spędził wieczór itd. i czemu milczę. Postanowiłam mu odpisać i napisałam uprzejmie, że jest miły, ale nic między nami nie zaiskrzyło i życzę mu powodzenia w dalszym szukaniu. Complement sandwich close enough. W odpowiedzi zostałam zasypana stosem wiadomości, że z moim nastawianiem to z nikim mi nie zaiskrzy, że jestem nudną malkontentką bez ambicji, bez perspektyw i szans na cokolwiek, mam odrosty, krosty i ogólnie jestem najbardziej odrażającą przedstawicielką rodzaju ludzkiego, z jaką zdarzyło mu się spędzić dwie godziny. Cóż, po takim popisie komentarz na temat tego pana uważam za zbyteczny. Kurtyna.
Dodaj napis
Oprócz tego udało mi się złapać gumę w samochodzie, ale całe szczęście tata przyjechał i mi wymienił koło, bo sama byłabym chyba z tym mocno bezradna :) Nie jestem z tych kobiet, które za punkt honoru uważają samemu naprawiać samochód, choć w sumie taką tylko jedną znam.
Usmażyłam sobie krewetki i się ich najadłam jak małpa kitu, potem całą noc nie mogłam spać, zemsta krewetek z Biedronki.


wtorek, 26 maja 2015

26.05.2015

Dziś będzie notka o niczym, czyli wpis lifestyle'owy okraszony kilkoma moimi przemyśleniami na temat przemijania, konsumpcyjnego stylu życia i triumfu materii nad duchem. W TeleTygodniu czytałam cotygodniową kolumnę Ilony Łepkowskiej, poświęconą jej przemyśleniom na bieżące tematy (jeden z moich ulubionych działów TT, oprócz streszczenia Klanu oraz Zdrowia i Urody). Tym razem pani Ilona pisała o tym, jak to w dzisiejszych czasach kładzie się nacisk na ciało i kulturę fizyczną, a pomija się sferę ducha. No i chyba istotnie tak jest, bo o wiele więcej znajomych chwali się, ile km przebiegło, że było na nartach gdzieś albo zjadło organiczną sałatkę z komosy, niż tym, jaką książkę przeczytali czy na jakiej sztuce byli. Może jakaś część jeszcze chodzi na koncerty, no ale nie wiem, czy koncert Vavamuffin, gdzie po raz 10 słyszę te same (oczywiście bardzo fajne) piosenki jest taką typową strawą dla ducha.
Więc istotnie, teraz następuje odwrót od wysokiej kultury na rzecz tej prostszej, łatwodostępnej, pod postacią seriali czy filmów w internecie (ale wara mi od Wspaniałego Stulecia! Akurat Nigar Kalfa się przespała z Ibrahimem, a kolejny odcinek mi się zacina, złooo!). Widać takie czasy. Kiedyś gotowanie było zwykłą, codzienną czynnością, teraz gotowanie jest trendy. Kto by kiedyś oglądał takie programy jak Ugotowani?
mój haul zakupowy
Sama lubię sobie pooglądać na youtubie filmiki o tym, kto co sobie kupił, zakupy spożywcze czy kosmetyczne, a potem jak głupia lecę do sklepu, żeby kupić sobie jakiś kosmetyk, polecany przez jakąś tam Misię XX. Reklama, marka, a najlepiej taka zakamuflowana reklama jednak działają na mózg, nawet jeśli człowiekowi się wydaje, że sam dokonuje wyboru. To takie przemyślenia po obejrzeniu filmiku Karola Paciorka o tym, czy jesteśmy anonimowi w internecie i ile inni o nas wiedzą przez internet. Tak naprawdę- prawie wszystko. Byłam w ciężkim szoku, gdy, po powrocie z Teneryfy, wrzuciłam zdjęcia na komputer, udostępniłam koleżankom przez Google+, a Google na podstawie, jak przypuszczam, danych z logowania mojej komórki, stworzył historię naszego pobytu na Teneryfie, razem z mapą, gdzie danego dnia byłyśmy O_o.
To dzieje się bez naszego udziału, ale jak często my sami ujawniamy informacje o sobie, żeby pokazać, gdzie byliśmy, z kim, co robiliśmy... Permanentna ekshibicja!
w każdej notce musi być kot
A po co to wszystko? Żeby ktoś kliknął "Lubię to", czyli tak naprawdę z potrzeby kontaktu z innym człowiekiem, z potrzeby akceptacji.
Miałam napisać jeszcze o tym, co sobie ostatnio kupiłam z kosmetyków, ale to chyba jednak jest głupie, więc ograniczę się do wypisywania recenzji na KWC i zamieszcę mój autorski makijaż, pt. Jaki Pan, Taki Kram, czyli z taką gębą nic się nie zrobi. Był to eksperyment z użyciem taśmy klejącej, oraz cienia Regal z paletki Sleek i cienia Kobo Irridescent Pink.
Ciemne oko w stylu Evy Green, która też ma opadającą powiekę i mogłaby być naszą trzecią bliźniaczką, z tą różnicą, że ona jest piękną kobietą...



czwartek, 21 maja 2015

Bożenka kiedyś i dziś

Nieliczni pewnie jeszcze pamiętają, że w moim życiu pojawiła się kotka Bożenka, było to pod koniec sierpnia 2014. Niedługo po pojawieniu się u mnie w domu kotki Bożenki, nasz poprzedni ukochany kot Ravic pożegnał się z życiem, co nadal wywołuje u mnie łzy oraz smutek. A może smutek wywołuje łzy, albo jakoś tak. W każdym razie teraz w naszym domu panuje tylko i wyłącznie kotka Bożenka, zwana też Bozią, BożeNiunią, Bożencjon, Bożydarą, Boziulką oraz małą gnidą.
Chciałam zrobić ładny kolaż z jej zdjęć, kolaż wyszedł dziadowy, ale nie szkodzi, zaraz wstawię kilka moich ulubionych zdjęć Bożenki.
Życie z Bożenką ma swoje wzloty i upadki, największym upadkiem dla Bożenki był chyba wypadek samochodowy, w którym uczestniczyłyśmy, no dokładniej to była stłuczka, ale na pewno była to do tej pory najgorsza rzecz, która Bożenkę spotkała. Oprócz tego spotkała ją jeszcze sterylizacja, a dokładniej mówiąc obie te rzeczy wydarzyły się jednego dnia, przypadek? Nie sądzę.
Życie z Bożenką wystawia naszą cierpliwość na wielką próbę, bo choć jest piękna, to jest też bardzo okrutna. Najgorszą jej bronią jest sikanie i kupkanie poza kuwetą, a w tej materii jest tylko jedna prawidłowość- jeśli dawno nigdzie nie nasikała, to oznacza, że zaraz gdzieś będzie kałuża :)
W tym miejscu pewnie jedyne czytelniczki mojego bloga, czyli M. i P. będą się rozpływać nad tym, jakie to ich koty są mądrzejsze od Bożenki, przyjmuję to na klatę, trudno. Kolejną niesamowitą cechą Bożenki jest jej wielki apetyt, można bez przesady powiedzieć, że od kiedy tylko przestała pić z butelki, to pochłania bez wahania (i chyba też bez zbędnego wąchania) wszystko, co tylko stanie na jej drodze. A więc kocie jedzenie- może być, ludzkie jedzenie- nawet lepiej, ciasto, kotlety, ciasto nawet surowe...
czy wierzycie, że kiedyś była taka malutka??
Bożenka jest śliczna, ale chyba nie zrobi kariery na kociej wystawie, bo jest bardzo strachliwa i pewnie by obsikała sędziego, nie wiem, czemu taka jest. bo wychowywaliśmy ją tak samo, jak Ravika, a Ravic był bardzo ciekawskim koteczkiem.
jedno z moich ulubionych zdjęć- Bożenkowazonik
Takie niby małe kocie coś, a jednak człowiek się przyzwyczaja :) Niech Bożenka żyje długo i szczęśliwie, no ona to na pewno nam z tym sikaniem prędko nie daruje i do dwudziestki dociągnie :)

środa, 6 maja 2015

Weterynarze wszystkich krajów, łączcie się!

Nie mam zamiaru krzewić idei komunistycznych (jak w książce Bellagrand, fuu), ale jaka jest sytuacja, każdy wie i postanowiłam to naświetlić. Z mojego punktu widzenia, oczywiście.
Dodaj napis
Możecie powiedzieć, że nie ma co narzekać, tylko trzeba się wziąć do roboty, może i bez pracy nie ma kołaczy, może to i prawda. Gdzieś czytałam, że nikt lepiej nie ukręci bata na wolny zawód, niż jego przedstawiciele i jest to prawda. Czy 10 lub 12 zł za godzinę to dobra stawka? Można by powiedzieć, że tak, ale nie do końca. Co innego dostawać 12zł za godzinę netto, albo chociaż brutto, na umowie o pracę, a co innego dostawać tyle na rękę, ale na własnej działalności. Można pracować za 10zł/h plus prowizja od utargu, co przy 40h tygodniowo da jakąś tam znośną sumę, powiedzmy, że koło 3 tysięcy na miesiąc. No dobrze, dopóki opłacamy preferencyjny ZUS w wysokości w 2015r 446,20zł. Ale to trwa tylko przez dwa lata, po tym okresie składka wzrasta do ok 1000zł, a czy ktoś w firmie się pyta pracownika- przepraszam, czy pan opłaca preferencyjny ZUS, czy już nie? Oczywiście, że się nie pyta, pensję masz taką samą. No chyba, że po 2 latach sumiennej pracy dostaniesz podwyżkę, ale podwyżka to potwór z Loch Ness, prędzej chyba wylecisz z roboty, niż ją zobaczysz. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest łączenie kilku prac, doba ma 24h, w ciągu dnia wciśniesz dwa dyżury po 6h.
Dodaj napis
Czemu o tym piszę? Nie jestem jakąś anarchistką, nie uważam, że to wina państwa, bo ja doskonale wiem, że to wina pracodawców, a nie kogoś innego. Weterynaria działą na zasadzie małych firm, zatrudniających po kilka- kilkanaście osób, więc rachunek jest prosty- szef musi zapłacić pracownikom pensje, a reszta (po odliczeniu kosztów stałych) trafia do jego kieszeni. Im mniej zapłaci, tym więcej ma. Dołączmy do tego niepewną sytuację młodych osób na rynku pracy, które zaraz po studiach godzą się na pracę za 10zł/h, zgadzają się na 200h godzin pracy w miesiącu, bo wierzą, że ciężka praca zostanie jakoś nagrodzona. Nic bardziej mylnego i taka biedna dusza w końcu wyczerpana rzuca pracę, tylko po to, żeby trafić na kolejnego podobnego wyzyskiwacza. Nie chcę generalizować i nie mówię, że każdy jest taki, może to nieliczne przypadki, ale piszę to z własnego doświadczenia oraz z zasłyszanych historii. 
Dużo też zależy od nastawienia szefa, bo jeśli widzę, że szef też ma nocne dyżury i siedzi w pracy po 18h, to wiem, że angażuje się w swoją firmę. Co innego, jeśli szef wpada sobie na chwilkę do firmy, robi to, co akurat musi, a zaraz potem wypada, mówiąc, że ma ważne spotkanie na mieście itd. No może jeszcze w przelocie powie, że lekarz w szpitalu na dyżurze pracuje też po 18h, więc w czym problem, albo że on by chciał płacić swoim pracownikom tyle, ile lekarz weterynarii zarabia na zachodzie, no ale NIE MO-ŻE. 

I jaki z tego wniosek? Może taki, że sami się na to zgadzamy. Może taki, że weterynaria to hobby dla żon bogatych mężów i mężów bogatych żon. Może taki, że trzeba otwierać własne lecznice, a jeśli ktoś nie chce, boi się kredytu i zobowiązań, to musi pracować za te 10zł/h. Resztę wniosków wyciągnijcie sami. 
A może wniosek jest taki, że trzeba szukać innej pracy?

Nie wymieniam nikogo z nazwiska, ani nie podaję zbyt oczywistych cech, więc nikt nie ma prawa czuć się urażony, choć dla osób związanych bezpośrednio z pewnymi firmami będzie pewnie jasne, o kim pisałam ;)

środa, 29 kwietnia 2015

Urlopowy must- have już po urlopie

Co prawda już jest po powrocie, ale teraz korzystając z okazji, opiszę swój urlopowy must- have. Zanim zapomnę- odpowiedź na dwa pytania z przedostatniej notki. Tak, udało mi się kupić Ronmiel z Indianinem za 8,95 ojro i Nie, Hiszpanie nie drylują oliwek. Podobno takie sa smaczniejsze, ale nic mnie to nie obchodzi, bo można stracić ząb.
Sama lubię czytać notki czy oglądać filmiki na temat pakowania się, co zabrać na urlop itd. Co prawda czasem mam wrażenie, że kobitki trochę przeginają pałę, bo co innego jest wziąć kilka kosmetyków na wyjazd, a co innego wziąć całą zawartość łazienki, łącznie z 2 żelami pod prysznic, plus peeling, plus krem do stóp i odżywka do rzęs.
Ta to się spakowała jeszcze gorzej niż Weronika do szpitala. Gdyby ktoś nie wiedział- ostatnio Weronika zapragnęła iść do szpitala i na tą okazję spakowała sobie torbę. W torbie, oprócz ubrania, piżamy, ręcznika i kapci znalazły się- pękata kosmetyczka z szamponem, żelem pod prysznic, tonikiem, płynem do makijażu, 3 kremy, balsam do ciała itd itp, pasty do zębów nie było. Oprócz tego dwie (dwie!) książki i wielka paka chusteczek do nosa, chyba na wypadek wielkich łez. A do szpitala jej i tak nie przyjęli.
Wracając do tematu- co kupiłam sobie specjalnie na wyjazd.
Szorty z decathlonu
Dodaj napis
Pewnie ciekawsze byłoby zdjęcie mojej du w tych szortach, poza tym linki ze stron zewnętrznych po jakimś czasie przestają działać, ale akurat je uprałam, więc inaczej nie będzie. 
Ręcznik z mikrofibry- też z Decathlonu. Zajmuje mniej miejsca niż zwykły ręcznik frotte i mniej go szkoda, gdy się położy go na piasku czy na leżaku, nie jest też utrzymany w stylistyce łazienkowej, bardziej jest sportowy ;)
Okulary przeciwsłoneczne
Tu się nawet prezentują na tle Marty i rzeczonych szortów. Mają polaryzację, więc są spoko, kupiłam je z okazji wyjazdu, ale to raczej zakup na kilka lat. Fason wayfarer, więc raczej każdy w nich dobrze wygląda, może nawet ja też.
Kupiłam też krem do opalania, choć kupienie kremu do opalania na początku kwietnia wcale nie było takie łatwe. W końcu znalazłam krem Lirene spf 20 "średnia ochrona".
Emulsja do opalania utrwalająca opaleniznę SPF 20
Dodaj napis
Zawiera filtr fizyczny dwutlenek tytanu i całą masę tajemniczych składników, ale nie rozwalił mi się w torbie (ważne- krem Marty zgubił zakrętkę w czasie lotu na Teneryfę) i rzeczywiście chronił przed opalaniem, bo opaliłam się tylko tego dnia i w tych miejscach, gdzie i kiedy się nie posmarowałam- np. na plecach poza zasięgiem moich rąk.
Inne rzeczy, które wzięłam na wyjazd- te ważniejsze, bo nie będę wymieniać majtek czy pasty do zebów.
Cała bateria leków, łącznie z tym, że specjalnie kupiłam Augmentin, na wypadek anginy, bo kiedyś z Zakopanem koleżanka dostała anginy i jej to popsuło cały wyjazd.
Krem do twarzy spf 50 matujący z Vichy- kupiłam nowe opakowanie na wyjazd, ale i tak go kupuję regularnie i to już moja trzecia tubka, zdecydowanie jest to kosmetiks wart polecenia.
Bioderma Mleczko po opalaniu Photoderm Apres Soleil
Bioderma Photoderm Lait Après-Soleil Tube 200ml
Dodaj napis
Dostałam je w zeszłym roku przy okazji jakichś większych zakupów w Super Pharmie, potem zapomniałam je wziąć na urlop i dopiero w tym roku się przydało. Nie wiem, czy tego rodzaju kosmetyki są specjalnie potrzebne, chyba równie dobrze można skórę posmarować po prostu balsamem, no ale skoro już miałam, to wzięłam.
Do twarzy wzięłam tylko jeden krem- Dermedic Hydrain 2. 
Dermedic Hydrain 2 Krem intensywnie nawilżający 50 ml - zdjęcie 1
Dodaj napis
Kupiłam go, gdy chciałam sobie kupić LRP Hydraphaaase, poleciła mi go sprzedawczyni, najpierw nie byłam zadowolona, bo ma w składzie parafinę czy glicerynę, ale skóra po nim jest miękka, nawilżona, nie zapycha porów specjalnie, więc może być.
I na koniec moja ulubiona palma szparagowa!

czwartek, 23 kwietnia 2015

Teneryfa -cz. II

Obce kraje są obce, ale też trochę znajome, w końcu wszędzie są tacy sami ludzie, tylko mówią po hiszpańsku albo w innych językach. Pieniążki trochę inne, ale też podobne, szkoda tylko, że wartość mają inną, bo np. 34 euro za wejście do Loro Parku nie brzmi tak źle, ale 120zł już brzmi kiepsko :\ ale trudno, jak już pisałam, raz się żyje i za 10 lat nie będę opowiadać- nie byłam w Loro Parku, ale za to zaoszczędziłam 120zł!
euro- dziady, no nie take dziady w sumie
W naszym hotelu było bardzo dużo emerytów z Niemiec i Hiszpanii, do tego stopnia, że czułam się na stołówce jak w Ciechocinku, czasem w zasięgu wzroku najmłodszą osobą oprócz nas był kelner pod czterdziestkę :| . To jest warte odnotowania- że w Polsce na wakacje jeżdżą ludzie młodzi, bo pracują i ich stać, a w krajach zachodnich na wakacje jeżdżą emeryci, bo ich stać. Mieszkałyśmy na 6 piętrze i czasem w windzie spotykałyśmy różnych ludzi i odbywały się różne dziwne rozmowy. Raz jechałyśmy z kilkoma Niemcami i jeden pan się nas pytał, skąd jesteśmy.
- Spain?
- Poland
- Holand?
- Poland
- Aaa, Polen!
Kiedy indziej jechałam z dwoma dziadkami i oni sobie gawędzili. Jeden zmierzył drugiego wzrokiem (może to była dla nich forma zgadywanki, taka gra jak bingo ;)) i zadał pytanie z dociekliwością CIA:
- Dutch?
- You Dutch?
- Holland?
- No, Deutsch.
- Aaa, ja, Deutsch.
- Und du?
- OSTERREICH!
Na stołówce raz siedziałyśmy koło radosnego hiszpańskiego towarzystwa i jeden dziadek pytał się nas (w języku hiszpańsko- migowym, czyli mówił Agua coś tam coś tam i pokazywał na naszą wodę) czy pijemy wodę i czy możemy im dać, bo akurat piłyśmy wino. Potem jeszcze coś do nas nawijał i chyba go bawiło, że my nic nie rozumiemy z jego gadania i gestykulacji i tylko cichutko wytrącamy- no entiendo, no espaniol ;) Potem jeszcze kilka razy, gdy go mijałyśmy, mówił do nas agua coś tam i się śmiał, chyba to był niezły żart, na którym się nigdy nie poznałyśmy ;)

Co zachwyciło mnie w Teneryfie? 
Wspaniałe krajobrazy i przyroda, na każdym kroku widać krzewy i drzewa, które u nas są rzadkimi okazami z doniczek, aż trudno uwierzyć, że mogą być takie duże, jak na przykład olbrzymi figowiec z ogrodu botanicznego.

This is madness! Oprócz tego palmy, w tym moja ulubiona palma szparagowa, jak ją nazywałam, która naprawdę nazywa się Roystonea, po angielsku royal palm, choć po polsku palma królewska to jest co innego, a mianowicie daktylowiec królewski, który zresztą też był na Teneryfie, ja go nazywałam palma marchewka xD Po drodze na Teide przejeżdżałyśmy przez zarośla z różowymi kwuatami, podobnymi do tamaryszku, co, jak sądzę, mogło być równie dobrze tamaryszkiem kanaryjskim. Niedaleko hotelu (niedaleko, oprócz tego, że pod górę) był ogród botaniczny, gdzie zgromadzono egzotyczne rośliny z całego świata.
un jardin sur le Nil
To zdjęcie skojarzyło mi się z perfumami, które wąchałam w strefie bezcłowej, jednak albo za mało ich wąchałam, albo tak jak wszystko są przereklamowane. W ogóle strefa bezcłowa była przereklamowana, wszystko było drogie, tak samo na Teneryfie żadnego "bargainu" nie znalazłam.
Tak tam widoczek, taka sytuacja. Czarny piasek na plaży jest zdecydowanie przereklamowany, piasek to w istocie takie maciupkie kamyczki, specjalnie nie zachęcał do plażowania, a w ogóle nie jest czarny tylko szary.





wtorek, 21 kwietnia 2015

Teneryfa- pierwsza notka o tematyce podróżniczej

Zaczynam dziś jednoodcinkowy cykl, poświęconym podróżom. Po podróży stwierdzam niezbicie, że choć obce kraje są ciekawe, piękne i egzotyczne, to są nadal obce i obcymi dla mnie pozostaną, więc na razie następnych podróży nie planuję, a czemu, o tym zaraz więcej napiszę.
Podróż w ciepłe kraje była planowana od dawna, jako że udało się nam odłożyć jakieś pieniążki, a jak wiadomo, pieniądze trzeba jakoś wydać, najlepiej na rozrywkę, gdyż kto na rozrywkę poskąpi, ten nie zyska, lecz straci. Wytypowałyśmy Teneryfę, kupiłyśmy w last minute wycieczkę, która trzy dni później była tańsza jeszcze o 700zł (ból pewnej części ciała) spakowałam moje okulary Solano i wyleciałyśmy!
Była to moja pierwsza podróż samolotem, więc tym bardziej wrażenia były przeogromne, byłam przejęta co najmniej jak stonka przed wykopkami, bo wcześniej na lotnisku bywałam tylko jako gość. W czasie lotu emocjonowałyśmy się co najmniej jak Janusze z Siedlec, do tego stopnie, że każda nagrała filmik komórką ze startu i z lądowania, mamy zadatki na Japończyków :) Robiłyśmy także zdjęcia w trakcie lotu, bo jak pilot powiedział, że przelatujemy nad Mont Blanc, to nie sposób nie zrobić zdjęcia, a nóż widelec akurat Mont Blanc wejdzie w kadr :)
Matterhorn może jeszcze bym poznała z góry, ale nieważne, liczą się chęci. Po wylądowaniu na Teneryfie miałyśmy zapewniony dowóz do hotelu z podziwianiem panoramy wyspy, bo akurat nasz hotel leżał po drugiej stronie, więc trzeba było objechać pół wybrzeża. Dało się zauważyć, że południowa Teneryfa wygląda jak Ursynów w trakcie budowy metra, wszędzie jakieś górki, kupy piachu, wąwozy, kamienie, kaktusy i skały. Po dojechaniu na północne wybrzeże widok się zmienił, nagle pojawiła się nieprzyzwoita wręcz ilość roślinności, jakieś chaszcze z nasturcji, palmy, drzewa, plantacje bananów- wszystko wkomponowane w zbocza i pofałdowany krajobraz, widziałam co najmniej kilka domów, które teoretycznie już jutro powinny zlecieć do wąwozu.

Taki miałyśmy widok z balkonu, trzeba przyznać, że nienajgorszy, niestety morze było tylko z jednej strony, więc osoby po drugiej stronie korytarza miały widok tylko na supermarket i zbocze z palmami, może też fajne, ale ocean lepszy, a zachód słońca nad oceanem najlepszy!
Widok na basen też całkiem niezły, przynajmniej z daleka, gdy nie widać było metryki zalegających tam ciał, bo z bliska okazywało się, że nie bardzo jest na co patrzeć, no chyba, że ktoś chce patrzeć na Niemców na emeryturze, są takie perwersje, ale to oddzielny temat.

Wypożyczonym samochodem pognałyśmy na Playa de las Teresitas, która na zdjęciach prezentuje się tak
Dodaj napis
natomiast w ujęciu bardziej realnym wygląda tak

Miejscowa ludność wymyśliła lepszą wersję roweru wodnego- rower wodny połączony ze zjeżdżalnią.

Następnego dnia, nie bez przygód, pojechałyśmy na wulkan Teide, co miało być highlightem naszej wycieczki, zresztą co może być gwoździem programu, jeśli nie najwyższy szczyt na Teneryfie?
zdj z internetu

Tak wygląda droga na Teide, może nawet bym to zauważyła, gdyby nie to, że musiałam wtedy prowadzić samochód i się martwić, jak stamtąd wrócimy. Właśnie do tego sprowadza się problem ze zwiedzaniem i podróżowaniem- że oprócz zwiedzania i podziwiania tych pięknych widoków trzeba się martwić, jak tam się dotrze i jak się wróci, że plecak ciężki, że zimno albo gorąco, albo człowiek jest głodny i martwi się, czy zdąży do hotelu na obiad. To chyba trochę za dużo jak dla mnie.
stacja kolejki na Teide
górna stacja kolejki
Za jedyne 26 euro można wjechać kolejką jeszcze kilometr w górę i podziwiać panoramę wyspy i morze chmur. Przyjechałyśmy w miarę wcześnie, więc uniknęłyśmy kolejki do kasy jak na Kasprowy Wierch.

Ciąg dalszy nastąpi, w następnej notce napiszę min. o tym, czy udało mi się kupić rum z Indianinem oraz czy Hiszpanie drylują oliwki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...