piątek, 6 lipca 2018

Trójkąt letni

Minęły dwa tygodnie, lato nas rozpieszcza i czas na małą aktualizację. Polska pożegnała się z Mundialem (czy kogoś to dziwi), ja pojechałam na Adelę, wróciłam z Adeli... Adela to niszowy plener fotograficzny, trzeba mieć zaproszenie od organizatora i nikt przypadkowy się tam nie dostanie, więc atmosfera jest bardzo swobodna. Nie będę pisać, że to wydarzenie coś zmieniło w moim życiu, bo tak nie było w moim przypadku, choć często słyszałam takie opinie od innych uczestników. Istotnie, fajnie jest spotkać się w większej grupie, gdzie wszyscy ludzie ze sobą rozmawiają, interesują się podobnymi rzeczami, mają podobne spojrzenie na świat, mówią w tym samym języku, są z "tego samego plemienia". Ale czy to mnie odmieniło? No nie :P Za to chętnie pojadę na kolejną Adelę, bo już wiem, czego się dokładnie spodziewać i jak sobie zorganizować czas. Po tym plenerze mam niedosyt, bo nie zrobiłam niektórych rzeczy z uwagi na zmęczenie, czy po prostu nie było mnie w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, trzeba też było wcześniej przejrzeć portfolia fotografów i zrobić sobie listę, do kogo muszę się odezwać ;) Bardzo urzekło mnie miejsce, gdzie był organizowany ten plener, czyli gospodarstwo "Górski ogród" w Woli Łagowskiej pod Kielcami. Polecam na wypad w większej grupie, piękne położenie na zboczu kotlinki, rzędy krzewów owocowych, po drugiej stronie kotliny leśny wąwóz, duży teren. Piękne miejsce, żeby w nocy położyć się na ścieżce i podziwiać trójkąt nieba letniego- Vega, Deneb, Altair.
źródło: Wikipedia

Przed wyjazdem umówiłam się na hennowanie z Isią www.hennahygge.pl . Isię poznałam na wiosnę, kiedy umówiłam się z nią i jej pieskiem na zdjęcia. Zdjęcia wyszły śliczne, a przy okazji okazało się, że Isia jest przemiłą osobą, a henna jest jej pasją. Z przyjemnością oddałam się w jej ręce, a efekt był cudowny. Niestety czas płynie i już musze się pożegnać z moją ćmą, bo henna utrzymuje się tylko około tygodnia. Całe szczęście została utrwalona na wielu zdjęciach :)
Kielecczyzna, czyli miejsce pleneru, zrobiła na mnie duże wrażenie, te pofałdowane pagórki, nieznacznie górujący nad okolicą masyw Gór Świętokrzyskich... Piękne miejsce dla osób przyjeżdżających ze stolicy, bo przypuszczam, że miejscowi musza się mierzyć ze swoimi problemami i nie mają czasu na takie przemyślenia. Wystarczy pójść do sklepu, żeby zobaczyć różnicę w gamie produktów, na dziale chemicznym krem no name "krem przeciwzmarszczkowy"...
Po powrocie już we wtorek byłam umówiona na kolejne zdjęcia, tym razem nad Wisłą z https://u-nosek.com i jej chłopakiem. Mi akurat towarzystwo faceta przy sesji wcale nie przeszkadza, zazwyczaj pozuję właśnie mężczyznom - ale PODKREŚLAM, że starannie wybieram fotografów, najchętniej z polecenia, żeby uniknąć nieprzyjemnych sytuacji, bo niedoświadczone modelki często padają łupem osób, które nie do końca mają czyste zamiary. Ula i Tomek świetnie przygotowali się do sesji, wcześniej sprawdzili miejsca, gdzie mamy focić, tylko niestety trochę się zgubili i musiałam na nich chwilę czekać. Jednak już pierwsze efekty mi wynagrodziły tą drobną niedogodność, bo Ula robi cudowne zdjęcia i widać, że ma doświadczenie :) Poza tym bardzo miło nam się rozmawiało, więc popołudnie było zdecydowanie udane :)
A jakie są efekty Adeli? A no na przykład takie:

piątek, 22 czerwca 2018

Na wariackich papierach

Taki polski tytuł nosił serial, który, jak przez mgłę, pamiętam z dzieciństwa. Ostatnio moje życie było tak zakręcone, że aż sama go nie poznawałam i dlatego postanowiłam to opisać.
Zaczęło się od zdjęć w środę z moją znajomą fotografką, Papryką, oraz jej ziomkiem, Remigiuszem. Pojechałyśmy żukiem Papryki (żarcik, to Chevrolet Astro, super ekstra wóz, kiosk na kółkach, wykończenie w welurze i drewnie, zmieści się do niego cała rodzina z wyposażeniem kawalerki i z chomikiem) pod Grodzisk, gdzie miało być pole maku, bo taki cynk dostałam od mojego znajomego. Zdjęcia wyszły nam bardzo dobrze, tylko co jakiś czas musiałam kucać w tych makach, żeby żaden tubylec nie zobaczył gołej baby na polu.
Oczywiście nie obeszło się bez pewnych niedogodności, choćby takich, że Papryka parkowała swoim wanem Stefanem na prawym poboczu, rów był zarośnięty pokrzywami, a drzwi kierowcy nie dało się otworzyć z zewnątrz, co w efekcie oznacza, że musiałam się przedzierać przez te pokrzywy w letniej sukience, żeby wsiąść do samochodu. Po zdjęciach śpieszyłam się do lekarza, musiałam ciekawie wyglądać, gdy pod przychodnią wyskoczyłam z wielkiego, amerykańskiego samochodu. W Stefanie jest dużo miejsca i się przebrałam, ale założyłam tylko najważniejsze części garderoby, więc do lekarza biegłam z rozwianym włosem i w obcisłym topie, który wyraźnie pokazywał, że pod spodem nie ma już bielizny. Zobaczyłam siebie w lustrze i stwierdziłam, że jestem zajebistą laską ;)

W piątek umówiłam się na zdjęcia w Ogrodzie Botanicznym, z człowiekiem, którego absolutnie uwielbiam, czyli z Januszem Fotografii, jak ktoś jest ciekawy, to jego profil na maxmodels- fotograf-manfret.html . Z Januszem mogę gadać godzinami, o wszystkim, oczywiście bez podtekstów, bo jest pewna różnica wieku ;) Ostatnio zaplusował jeszcze bardziej, bo powiedział, że jestem dobrym kierowcą. A zdjęcia Janusz robi takie, że cho cho cho, bardzo kobiece, podkreślające urodę, plastyczne, delikatne... Nie są to może zdjęcia w stylu Vogue czy mające 2 dno czy przedstawiające jakąś historię, ale za to bardzo miłe dla oka :)
to zdjęcie od Janusza z naszej poprzedniej sesji

W piątek szłam do pracy na nocny dyżur, a w sobotę po południu byłam umówiona z moim chłopakiem lub, jak kto woli, friend with benefits. W niedzielę znów do pracy na cały dzień, a w poniedziałek z samego rana, o barbarzyńskiej godzinie 5.00 musiałam wstać, żeby jechać na plener fotograficzny "Staw Otwarty", organizowany przez Olę "Tonbo" i jej chłopaka Piotrka. Na miejscu miałyśmy być o 7. Po drodze zabierałam dwie modelki- Moje Wredne Ja i jakieś inne Ja, a konkretnie Pffeffę, i jechałyśmy na Wawer moim samochodzikiem, który ma dużo wspólnego z mikrofalówką, bo ma szybkę i w środku krecące się kółeczko. Obie modelki są uroczymi dziewczynami, broń Boże nie chcę tu nikogo obrażać ani się śmiać, po prostu jak mówiłam o tym mojemu chłopakowi aka. friend with benefits, to powiedziałam o tym "Moje Wredne Ja i jeszcze jakieś inne Ja" i uznałam, że to śmieszne określenie. Boshe, po co ja się tłumaczę, i tak nikt tego nie czyta. Na plenerze było dziesięcioro fotografów i fotografek, miejsce było przecudowne- na dalekim Wawrze duża posesja ze stawem, drewnianym domkiem, a dookoła drzewa, krzewy, mostki, pomosty, huśtawki, hamaki, kwiaty...
Co się robi na takim plenerze? Najpierw trzeba się przygotować, czyli wspaniała Kasia zrobiła nam makijaż, a koło 10 zaczęli się zjeżdżać fotografowie. Przed obiadem była praca w grupach, czyli do każdej dwójki fotografów była przydzielona modelka, pół godziny i zmiana, a po obiedzie już były zajęcia dowolne, czyli podchodził do mnie jakiś fotograf i się pytał- Robisz coś? Nie. A no to chodź !
Na początku trochę się bałam, że się bardzo zmęczę, bo zazwyczaj po sesji jestem zmęczona, jak np. po zdjęciach z Papryką i Remkiem prawie padałam z nóg (zwłaszcza, że to było w pełnym słońcu, co prawda nie było goraco, ale jak mnie doświetlali cały czas blendą, to aż mnie głowa rozbolała potem), ale tu nie było pośpiechu, miałam czas nago sobie poleżeć w łódce i tylko wołałam, żeby ktoś mi colę przyniósł xD A co z tego wyszło? Ano takie rzeczy wyszły:
fot. Tomasz Lenarczyk
fot. Jacek Daszek

Na zakończenie Marcin (link za chwilę) chciał nam zrobić pamiątkowe zdjęcie grupowe modelek. Pomysł wydawał się dobry, dopóki nas nie zaprowadził do sterty kory ogrodowej i kazał się w tej korze zakopać i stworzyć "wysypisko kobiet". Po tym myślałam, że już nie może być gorzej, ale fotograf powiedział- tamto było lajtowe, mam jeszcze jeden pomysł! I kazał nam we cztery wejść do betonowej studzienki odpływowej, a potem, żeby nas jeszcze bardziej przybrudzić, zostałyśmy posypane ściółką z patykami i mrówkami, więc jeszcze mrówki nas pogryzły! Do domu wróciłam po 22, brudna jak nieboskie stworzenie (taki cel miał niewątpliwie Marcin fotograf-nickmc.html ), musiałam się cała umyć, z czego umycie nóg było dość trudne, bo ten szlam w ogóle nie chciał się odlepić, a potem padłam spać jak zabita.
Kolejny dzień, kolejne przygody- wybierałam się do Tysi na Szumin.

Najpierw było bardzo dobre Sensei Sushi w Wyszkowie, a potem 24h chilloutu z psem i kotami. Z wrażenia aż jaskółka wypadła z gniazda, wiec Tysia w tym roku znów mogła porobić idealne kulki z idealnej mieszanki nabiałowej. Wieczorem w środę zaś znów szłam do pracy.

To wszystko było tydzień temu, teraz zbieram owoce mojej pracy w postaci zdjęć, które powoli do mnie spływają, za tydzień będę na kolejnym, kilkudniowym plenerze foto, bardzo jestem ciekawa, co się tam będzie działo, mam nadzieję, że wrócę w jednym kawałku :)

czwartek, 3 maja 2018

dobrze jest być sobą...

Dawno nic nie pisałam i prawie zapomniałam o tym blogu. Znalazłam sobie dużo ciekawszych zajęć, które dają mi satysfakcję, więc blog sobie umierał śmiercią naturalną. Ostatnio na facebookowej grupie weterynaryjnej ktoś poruszył temat blogowania, więc przypomniałam sobie, że warto by tutaj trochę uaktualnić. Nawet, jeśli nikt tego nie czyta, tak dla porządku.
Nie jadę w tym roku do Grecji, więc nie będzie Opa, Opa. Wolę urlop spędzić na plenerze fotograficznym. Na czerwiec mam zaplanowane już dwa plenery i bardzo się z tego cieszę, bo wkręciłam się w modelkowanie. Cały ten światek fotograficzny to ciekawe zagadnienie, myślę, że ktoś powinien o tym napisać artykuł do jakiejś lajfstajlowej gazety, o niezależnych fotografach- hobbistach, o niekomercyjnych modelkach, chudych, normalnych i grubych, bo każdy ma jakąś swoją, inną historię :) Może nawet napiszę o tym notkę, ale dopiero za jakiś czas, kiedy wrócę z pleneru i będę miała więcej zebranego materiału :)Przez ten rok poznałam bardzo dużo nowych ludzi, udało mi się zmniejszyć moją nieśmiałość, zaczęłam odkrywać innych ludzi, poznawać ich spojrzenie na życie i ich historię, bez nadmiernego oceniania czy krytyki.

Jeśli chodzi o pracę, to wyrobiłam sobie zdrowy dystans, może nawet jest to odgradzanie się od pracy w czasie wolnym, staram się w czasie wolnym nie angażować w nic związanego z pracą, bo to gwarancja zachowania zdrowia psychicznego. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, a nadmierne angażowanie się prowadzi do rozczarowania, że zaangażowanie nie przekłada się na efekty- i tu prosta droga do wypalenia zawodowego. 

To wszystko, co przyszło mi dziś do głowy, żyję i mam się dobrze, staram się poprawiać każdego dnia i uśmiechać dużo, bo uśmiech rozwiązuje połowę problemów dnia codziennego :) Pozdrawiam Was ciepło!

środa, 6 grudnia 2017

Nie dam rady tak dłużej...

Nie, nie... spokojnie, dam radę, bez przesady, to taki tytuł do przykucia uwagi. Czyjej? Nie wiem, już dawno przestałam aktualizować bloga, zresztą teraz na topie są Instagram i tym podobne, oo, zwłaszcza Youtube.  Nie mam ambicji dotrzymywac kroku wszystkim tym trendom, niech tym się zajmą młodsi. Życie się toczy jak w Klanie, życie życie jest nowelą, ale Klanu teraz nawet ja już nie oglądam. Teraz porównywalny dreszczyk zapewniają nam codzienne wiadomości, czy raczej Fakty, bo Wiadomości już też nie oglądam.
Dziś w szpitalu skorzystałam z toalety, a za mną w kolejce stała starsza babcia, która ogłaszała wszem i wobec, że zaraz się posika. W kiblu nie było nikogo innego, ja też się prawie posikałam, to znaczy posikałam się zupełnie, ale w miejscu do tego przeznaczonym.
W H&M na półkach były tabliczki- "Idealna impreza", że stroje na Gwiazdkę, na Sylwestra... Tylko ktoś nie pomyślał, jak na tej samej tabliczce przyczepili obok kartkę - "Legginsy ciążowe". To będzie ciekawa impreza.
To mój nowy look- oczywiście nie wyjdę tak z domu, no może bym wyszła w Sylwka, ale w Sylwka pracuję. Choć może... może w Sylwestra by zrozumieli, że mam fartuch wieczorowy ;) Nowe okulary, które miałam w planach zrobić sobie od 2 lat, kolczyk sztuczny do nosa z allegro, ciemna szminka. Bardzo słodko, haters gonna hate. 
No i koniec, bo nie dam rady tak dalej pisać o niczym. Widziałam dziś furgonetkę ubojni królików "Amciu". Niedawno widziałam niebieskie BMW z rejestracją  TO LYSY. 

sobota, 30 września 2017

Historia pewnej obywatelki, trochę starszej

Przeczytałam poprzednią notkę z tej serii, bo sama byłam ciekawa, co kiedyś pisałam na tym blogu. W zasadzie ze wszystkim się zgadzam, oprócz tego, że masaż misami tybetańskimi bym teraz zmieniła na masaż misiami tybetańskimi. To pewnie jakiś bardzo rzadki i zagrożony gatunek, narażony na wyginięcie, bo Chińczycy robią piszczałki z jego penisa albo penisy z jego piszczałek.
      Małe sprostowanie- opinie, wyrażone na tym blogu, odzwierciedlają moje myśli z dnia dzisiejszego, nie z wczoraj ani nie z przedwczoraj, do tego, co było ponad 3 lata temu się wcale nie przyznaję, a 7 lat temu to nie byłam ja!
     Jeśli chodzi o moje życie, to w tej chwili opromienia je blask słońca, zadowolenia i poczucia własnej wartości. Wiem, że nieładnie o tym mówić w świecie, gdzie każdy ma problemy i tylko myśli, jak innym dopieprzyć, ale czuję się teraz naprawdę dobrze! Co dla mnie znaczy "naprawdę dobrze"? To chyba skupienie się na chwili, bez strachu o przyszłość i bez rozpamiętywania przeszłości, bez zadręczania się czymś, co "mogłam zrobić inaczej". No ni chuja nie mogłam, jak widać. Też bez planowania przyszłości, bez napinki, bez myślenia "musi być taki i tak, za 2 lata widzę się tu, to na pewno się uda" bo wiadomo, że nie mam na to wpływu. Staram się nie myśleć, czy z tego małego ziarenka wyrośnie wielkie drzewo, tylko cieszyć się zielonym kiełkiem. Może to brzmi bez sensu, ale takie mam przemyślenia w tym momencie.
     Mam kilka złotych myśli, które sobie zapisałam:
Porady jak nie być nieszczęśliwym
Zostaw przeszłość w przeszłości.
Nie przezywaj za bardzo. I nie dramatyzuj. Nie kłóć się.
Nie rob nic na siłę. Zrobisz to, gdy bedziesz chcieć, bedziesz gotowy albo będziesz wiedzieć, że to konieczne. W innych wypadkach nie rób rzeczy, co do ktorych nie masz przekonania.
Nie szukaj drugiego dna ani ukrytych intencji.
Przyjmuj komplementy.
Nie obwiniaj się o nic.
Zerwij znajomości z ludźmi, którzy cię ciągle  krytykują. Można krytykować czyjeś zachowania i czyny, ale nigdy całą osobę.
Nie krytykuj i nie zazdrość.
Otwórz się na ludzi.

       Trudno mi nawet opisać, jak wiele wspaniałych rzeczy ostatnio wydarzyło się w moim życiu, bo otworzyłam się na ludzi, bo zaczęłam akceptować to, co mi oferują. Poznałam wielu fajnych fotografów, którzy robią mi piękne zdjęcia, poznałam ludzi, z którymi znajduję wspólny licznik lub mianownik, za namową znajomej wystartowałam nawet w amatorskim rajdzie samochodowym. W dużej mierze ta znajoma, Papryka, była spiritus movens tych rewolucji, bo wyrywała mnie z mojej strefy komfortu i nie przyjmowała do wiadomości mojego sprzeciwu. Chodź, pojedziemy na sesję do mojego znajomego, już do niego dzwonię... Ha Ha Halo...? Aaa, zapomniałam ci powiedzieć, że on robi zdjęcia minimum topless

Nauczyłam się, jak ważne jest zachowanie mojej strefy komfortu, nie robienie rzeczy, które mi się nie podobają, nie pasują, w których się nie czuję dobrze. Najlepiej po prostu powiedzieć- nie odpowiada mi to, bo to ... to ... to.... Na pewno nie można tkwić w sytuacji, która mi nie pasuje, głównie mam tu na myśli pracę. Oczywiście bla bla bla, łatwo mówić, bo nie muszę się sama utrzymać i nie muszę też pracować jak pracownica niewolnica/ dziki osioł, ale właśnie dlatego kurczę NIE MUSZĘ. Nie musze się męczyć z szefem, który mi nie pasuje, trochę to późno zrozumiałam, ale w końcu mnie oświeciło.

Trzeba mieć czas dla siebie, poczytać książkę, wypić piwo w ogródku, napisać coś (na blogu, hahaha).

A i najważniejsze. Nie wiem, czy to już pisałam, ale chcę tą notkę skończyć, więc nie będę mojego bełkotu czytać od początku. Robić to co $^&( ja chcę, co mi się podoba, nie próbować komuś zaimponować, czy przypodobać się, udając kogoś innego. To było niesamowicie głupie, ale bardzo długo tak robiłam. Ale teraz wiem, że jestem najlepszą wersją samej siebie. Oczywiście to samo się nie zrobiło, musiałam długo na to pracować i nie chodzi mi tylko o ćwiczenie pleców, żeby się nie garbić. Ale teraz jest w porządku. Młodość stabilna. 

czwartek, 8 czerwca 2017

Wielkie Greckie Wakacje vol. 2

Sequele nie zawsze się udają, bo albo pomysł już zgrany, albo jeden aktor nawali, albo po prostu "to już nie jest to". Podobne obawy towarzyszyły mi, gdy planowałam kolejne już Wielkie Greckie Wakacje, jednak nic z tego! Wakacje nie okazały się klapą! Wielkie Greckie Wakacje zawsze muszą się udać! Opa!

Tym razem los skierował nas na wyspę Zakynthos, słynącą z żółwi. Oprócz tego słynie z oliwek, pięknych plaż, malowniczych skalistych wybrzeży, przejrzystej wody, dobrego jedzenia, sympatycznych mieszkańców... eee, to w sumie masło maślane o całej Grecji.
Już po lądowaniu (zaraz po brawach) przywitała nas, inaczej, niż w zeszłym roku, piękna pogoda. Bez problemu (inaczej, niż rok temu) znalazłyśmy rezydentkę, trafiłyśmy do autokaru i ruszyłyśmy w średnio długą podróż do hotelu, bez stłuczki drogowej po drodze (jw.).

Po obu stronach krętych dróżek rozpościerały się gaje oliwne, nieznacznie tylko zasłaniane przez leżące co jakiś czas hałdy śmieci. Dojechałyśmy do hotelu, dostałyśmy klucze do pokoju, wniosłyśmy walizki na 2 piętro i byłyśmy już w domu! 
Pokój ładniejszy niż na Korfu i na pewno większa łazienka, nie dało się siedzieć na sedesie w trakcie brania prysznica, tylko spłuczka kiepsko działała i czasem przez pół nocy rezerwuar nam czule plumkał.
Na jakie atrakcje można liczyć na Zakynthos (oprócz retsiny, oliwek i piwa Mythos)? Przede wszystkim piękne widoki, tak piękne, że czasem się gapiłam z rozdziawioną gębą...

zdj. Beata B.

zdj. Beata B.
A na dodatek, oprócz gapienia się z rozdziawioną gębą, można było zrzucić ciuchy i wskoczyć do tej pięknej, szmaragdowej wody! (lepiej najpierw zamknąć gębę)
zatoczka przy Keri

to żadna z nas
Popływałyśmy trochę przy plaży Xygia, gdzie ledwo dopłynęłyśmy do brzegu, jak dwa żółwie, potem ja jeszcze trochę pływałam przy przylądku Keri (to chyba najpiękniejsze miejsce na wyspie, choć tam co 5 kroków przewodniczka mówiła, że to jest najpiękniejsze miejsce, tu jest najpiękniejszy widok itd itp.), a potem nasz piracki statek zawinął do portu, tylko najpierw musiał zwinąć piracką flagę, przy wtórze tuszu z Piratów z Karaibów, a potem jeszcze załoga zaprezentowała taniec pijanego greckiego marynarza na wzburzonym morzu (miało to chyba być sirtaki, czyli wariacja nt. tańca ludowego, czyli wariacja nt. wariacji, czyli twórcza improwizacja). Zapomniałam powiedzieć, że przez połowę rejsu statek skakał po falach jak młody delfin, a w efekcie połowa pasażerów leżała na dolnym pokładzie z workami lodu na głowach- ale nie my!!
nasz statkos pirackos

Na razie zmęczyłam się trochę tym pisaniem, bo od pół roku chyba nie pisałam żadnej notki na blogu, więc zostawiam Was na razie z refleksją, że to prawdziwe zdjęcia, a nie fotoszop, a jeśli nie wierzycie, to lećcie i przekonajcie się sami!







czwartek, 12 stycznia 2017

A może pisarką będę ja?

Chciałabym napisać książkę, marzyłam o tym od dawna. Nie za bardzo wiem, o czym ta książka miałaby być, chyba najbliżej mi do fabularyzowanej biografii, coś w stylu "Towarzyszki Panienki" Jaruzelskiej, czyli opowieści o sobie w formie krótkich esejów, nie pisanych chronologicznie, z których powoli wyłania się, tkany ze wspomnień, aluzji i anegdot, obraz życia. Oczywiście zapanowałaby cenzura, bo absolutnie nikt nie musi wiedzieć, jak to na przykład kiedyś, kiedy miałam około 12 lat, poszłyśmy ze starszymi kuzynami na lody, a ja wstydziłam się te lody sobie sama zamówić, więc obrażona wróciłam do domu.
Czytam teraz "Brud", kolejną książkę autora "Pokolenie Ikea" (ale hej, pierwszej jego książki nie czytałam) i widzę, że ten nurt polskiej literatury lubi dosadne określenia, lubi, żeby słowo, oznaczające męskie narządy płciowe było na każdej stronie, lubi też słowa określające stosunki seksualne. Skóra cierpnie na samą myśl, że może gdzieś, całkiem niedaleko, w Miasteczku Wilanów, żyją tacy ludzie, jak opisywany w książce Relu...
Podobnie było w powieści "Coraz mniej olśnień" Ałbeny Grabowskiej, choć tu penisy i pieprzenie były przedstawione w bardziej przemawiającej do czytelnika formie, czyli nie aż tak nachalnej i odrażającej. Ogólnie książka godna polecenia, zgrabnie napisana, trochę zaskakująca, momentami wzruszająca, opisująca ludzkie uczucia z ludzkiej perspektywy.
Po drugiej stronie stoją paździerze, które ledwo się czyta i aż dziwne, że ktoś to wydaje. Na przykład opisywana już przeze mnie "Miłość w kasztanie zaklęta", której pretensjonalny tytuł to dopiero początek, o tak, to DOPIERO początek... albo "Czas pokaże" Anny Ficner- Ogonowskiej. Przebrnęłam tylko przez kilkadziesiąt pierwszych stron, bo autorka z uporem maniaka opisywała i okraszała mnóstwem epitetów wszystkie czynności swojej bohaterki, wsadzając jeszcze gęsto retrospekcje, również usiane mnóstwem epitetów. Jedyna rzecz, którą zapamiętałam z tej książki, to fragment "miała jeszcze w ustach smak obiadu". Zapamiętałam, bo to wyjątkowo nieapetyczne.

Jak bym opisała swój dzień, jako wielka pisarka?
Jest 11 stycznia 2017. Godzina 17.13. Dziś nie idę do pracy (ani do pracy numer jeden, ani do pracy numer dwa). Wstałam koło 10, na śniadanie zjadłam odgrzaną wczorajszą pizzę. Wczorajsza pizza to jedno z najlepszych śniadań, ewentualnie mogłaby być pasta jajeczna z majonezem z bułką fitness z Lidla, ale nie chce mi się rano ani gotować, ani lecieć do Lidla. Tu powinien być jakiś dosadny fragment, więc napiszę, że drapię się w miejscu, gdzie łączą się nogi. No wiadomo, normalka. Zakładam ubranie i robię sobie kawę rozpuszczalną, czyli z poidła dla bydła. Co chwila sprawdzam powiadomienia na komórce i odpisuję koleżankom na messengerze. Idę zaraz na zakupy, więc myję zęby, zakladam soczewki i robię sobie makijaż. Gąbeczka do podkładu skacze jak opętana po mojej twarzy, na której, dzięki Bogu, nie ma jeszcze za dużo znaków upływu czasu. Potem delikatnymi ruchami, których nauczyłam się od urodowych guru z Youtube, rozcieram cień na powiekach. Na policzki nakładam róż Orgasm (ha! kolejne obsceniczne słowo) na który musiałam pracować 5 godzin, ale uważam, że czasem każdemu się należy. Zwłaszcza osobie, która nie ma perspektyw oszczędzania na nic.
12 stycznia 2017. Dziś czytałam w pracy "Brud", jedna pani spojrzała tylko i stwierdziła- O, czyta pani? Ja nie dałam rady.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...