czwartek, 8 czerwca 2017

Wielkie Greckie Wakacje vol. 2

Sequele nie zawsze się udają, bo albo pomysł już zgrany, albo jeden aktor nawali, albo po prostu "to już nie jest to". Podobne obawy towarzyszyły mi, gdy planowałam kolejne już Wielkie Greckie Wakacje, jednak nic z tego! Wakacje nie okazały się klapą! Wielkie Greckie Wakacje zawsze muszą się udać! Opa!

Tym razem los skierował nas na wyspę Zakynthos, słynącą z żółwi. Oprócz tego słynie z oliwek, pięknych plaż, malowniczych skalistych wybrzeży, przejrzystej wody, dobrego jedzenia, sympatycznych mieszkańców... eee, to w sumie masło maślane o całej Grecji.
Już po lądowaniu (zaraz po brawach) przywitała nas, inaczej, niż w zeszłym roku, piękna pogoda. Bez problemu (inaczej, niż rok temu) znalazłyśmy rezydentkę, trafiłyśmy do autokaru i ruszyłyśmy w średnio długą podróż do hotelu, bez stłuczki drogowej po drodze (jw.).

Po obu stronach krętych dróżek rozpościerały się gaje oliwne, nieznacznie tylko zasłaniane przez leżące co jakiś czas hałdy śmieci. Dojechałyśmy do hotelu, dostałyśmy klucze do pokoju, wniosłyśmy walizki na 2 piętro i byłyśmy już w domu! 
Pokój ładniejszy niż na Korfu i na pewno większa łazienka, nie dało się siedzieć na sedesie w trakcie brania prysznica, tylko spłuczka kiepsko działała i czasem przez pół nocy rezerwuar nam czule plumkał.
Na jakie atrakcje można liczyć na Zakynthos (oprócz retsiny, oliwek i piwa Mythos)? Przede wszystkim piękne widoki, tak piękne, że czasem się gapiłam z rozdziawioną gębą...

zdj. Beata B.

zdj. Beata B.
A na dodatek, oprócz gapienia się z rozdziawioną gębą, można było zrzucić ciuchy i wskoczyć do tej pięknej, szmaragdowej wody! (lepiej najpierw zamknąć gębę)
zatoczka przy Keri

to żadna z nas
Popływałyśmy trochę przy plaży Xygia, gdzie ledwo dopłynęłyśmy do brzegu, jak dwa żółwie, potem ja jeszcze trochę pływałam przy przylądku Keri (to chyba najpiękniejsze miejsce na wyspie, choć tam co 5 kroków przewodniczka mówiła, że to jest najpiękniejsze miejsce, tu jest najpiękniejszy widok itd itp.), a potem nasz piracki statek zawinął do portu, tylko najpierw musiał zwinąć piracką flagę, przy wtórze tuszu z Piratów z Karaibów, a potem jeszcze załoga zaprezentowała taniec pijanego greckiego marynarza na wzburzonym morzu (miało to chyba być sirtaki, czyli wariacja nt. tańca ludowego, czyli wariacja nt. wariacji, czyli twórcza improwizacja). Zapomniałam powiedzieć, że przez połowę rejsu statek skakał po falach jak młody delfin, a w efekcie połowa pasażerów leżała na dolnym pokładzie z workami lodu na głowach- ale nie my!!
nasz statkos pirackos

Na razie zmęczyłam się trochę tym pisaniem, bo od pół roku chyba nie pisałam żadnej notki na blogu, więc zostawiam Was na razie z refleksją, że to prawdziwe zdjęcia, a nie fotoszop, a jeśli nie wierzycie, to lećcie i przekonajcie się sami!







czwartek, 12 stycznia 2017

A może pisarką będę ja?

Chciałabym napisać książkę, marzyłam o tym od dawna. Nie za bardzo wiem, o czym ta książka miałaby być, chyba najbliżej mi do fabularyzowanej biografii, coś w stylu "Towarzyszki Panienki" Jaruzelskiej, czyli opowieści o sobie w formie krótkich esejów, nie pisanych chronologicznie, z których powoli wyłania się, tkany ze wspomnień, aluzji i anegdot, obraz życia. Oczywiście zapanowałaby cenzura, bo absolutnie nikt nie musi wiedzieć, jak to na przykład kiedyś, kiedy miałam około 12 lat, poszłyśmy ze starszymi kuzynami na lody, a ja wstydziłam się te lody sobie sama zamówić, więc obrażona wróciłam do domu.
Czytam teraz "Brud", kolejną książkę autora "Pokolenie Ikea" (ale hej, pierwszej jego książki nie czytałam) i widzę, że ten nurt polskiej literatury lubi dosadne określenia, lubi, żeby słowo, oznaczające męskie narządy płciowe było na każdej stronie, lubi też słowa określające stosunki seksualne. Skóra cierpnie na samą myśl, że może gdzieś, całkiem niedaleko, w Miasteczku Wilanów, żyją tacy ludzie, jak opisywany w książce Relu...
Podobnie było w powieści "Coraz mniej olśnień" Ałbeny Grabowskiej, choć tu penisy i pieprzenie były przedstawione w bardziej przemawiającej do czytelnika formie, czyli nie aż tak nachalnej i odrażającej. Ogólnie książka godna polecenia, zgrabnie napisana, trochę zaskakująca, momentami wzruszająca, opisująca ludzkie uczucia z ludzkiej perspektywy.
Po drugiej stronie stoją paździerze, które ledwo się czyta i aż dziwne, że ktoś to wydaje. Na przykład opisywana już przeze mnie "Miłość w kasztanie zaklęta", której pretensjonalny tytuł to dopiero początek, o tak, to DOPIERO początek... albo "Czas pokaże" Anny Ficner- Ogonowskiej. Przebrnęłam tylko przez kilkadziesiąt pierwszych stron, bo autorka z uporem maniaka opisywała i okraszała mnóstwem epitetów wszystkie czynności swojej bohaterki, wsadzając jeszcze gęsto retrospekcje, również usiane mnóstwem epitetów. Jedyna rzecz, którą zapamiętałam z tej książki, to fragment "miała jeszcze w ustach smak obiadu". Zapamiętałam, bo to wyjątkowo nieapetyczne.

Jak bym opisała swój dzień, jako wielka pisarka?
Jest 11 stycznia 2017. Godzina 17.13. Dziś nie idę do pracy (ani do pracy numer jeden, ani do pracy numer dwa). Wstałam koło 10, na śniadanie zjadłam odgrzaną wczorajszą pizzę. Wczorajsza pizza to jedno z najlepszych śniadań, ewentualnie mogłaby być pasta jajeczna z majonezem z bułką fitness z Lidla, ale nie chce mi się rano ani gotować, ani lecieć do Lidla. Tu powinien być jakiś dosadny fragment, więc napiszę, że drapię się w miejscu, gdzie łączą się nogi. No wiadomo, normalka. Zakładam ubranie i robię sobie kawę rozpuszczalną, czyli z poidła dla bydła. Co chwila sprawdzam powiadomienia na komórce i odpisuję koleżankom na messengerze. Idę zaraz na zakupy, więc myję zęby, zakladam soczewki i robię sobie makijaż. Gąbeczka do podkładu skacze jak opętana po mojej twarzy, na której, dzięki Bogu, nie ma jeszcze za dużo znaków upływu czasu. Potem delikatnymi ruchami, których nauczyłam się od urodowych guru z Youtube, rozcieram cień na powiekach. Na policzki nakładam róż Orgasm (ha! kolejne obsceniczne słowo) na który musiałam pracować 5 godzin, ale uważam, że czasem każdemu się należy. Zwłaszcza osobie, która nie ma perspektyw oszczędzania na nic.
12 stycznia 2017. Dziś czytałam w pracy "Brud", jedna pani spojrzała tylko i stwierdziła- O, czyta pani? Ja nie dałam rady.


sobota, 10 grudnia 2016

Po pierwsze nie szkodzić...

Czytam książkę o neurochirurgii o tym tytule, świetna lektura, która skłoniła mnie do napisania tych kilku słów. Oczywiście jestem daleka od pisania wspomnień ze swojego życia lekarza weterynarii, gdyż moje życie i kariera będą jeszcze długo trwały, mam nadzieję, natomiast mam kilka przemyśleń dotyczących pisania w ogóle, książek, zwłaszcza poświęconych medycynie i weterynarii, oraz tematów pokrewnych.
Wszyscy znamy ciepłe i wzruszające książki Jamesa Herriota, zabarwione dużą dozą humoru, opisujące sielankowe życie wiejskiego weterynarza w pięknym Yorkshire. Klienci są mili lub przynajmniej zabawni, więcej jest historii z happy endem, niż tych zakończonych niepowodzeniem i po lekturze cyklu książek pewnie każdy chciałby również być weterynarzem, zamieszkać w przytulnym Skeldale House i po pracy pić whisky i palić fajkę przy kominku. Jakie było moje zdziwienie, gdy, zaczynając pracę w tym szlachetnym zawodzie, przekonałam się, że ani nie mam tak spektakularnych przypadków, ani bynajmniej (bynajmniej nie?) spotykam się z wdzięcznością moich klientów. Pacjenci oczywiście okazują wdzięczność zawsze i wszędzie, mam już sporą grupę psiaków pacjentów, nad którymi lepiej się nie pochylać z otwartymi ustami, bo ich język to okrutnie wykorzysta. Zetknięcie się z rzeczywistością na początku jest szokujące, bo zamiast rozwiązywać medyczne zagadki, jak z dr House'a, trzeba w kółko robić to samo, czyli czyścić uszy oraz obcinać pazurki (jeśli jest coś, czego w tej pracy nienawidzę najbardziej, to właśnie jest przycinanie pazurków!!), cały czas się uśmiechać i spokojnie powtarzać "Pimpusiu, nic się nie dzieje, nie denerwuj się..." gdy wściekły Pimpuś próbuje mi odgryźć rękę. Pracuję już 4 lata i mam jeszcze obie sprawne ręce, jest to już jakiś sukces.
Autorem książki "Po pierwsze nie szkodzić" (Do no harm) jest angielski znany neurochirurg, Henry Marsh. Na zdjęciach w przeglądarce widzimy starszego pana, patrzącego na nas zza grubych oprawek okularów, będących częścią bezbłędnej stylówy angielskiego lekarza starszej daty. Na wszystkich zdjęciach ma poważny wyraz twarzy, jakby wciąż pamiętał o wszystkich nieudanych operacjach i sparaliżowanych pacjentach. Jak sam pisał, neurochirurg ma najtrudniejsze zadanie ze wszystkich chirurgów, bo w każdej innej dziedzinie operacja może się udać, i pacjent zdrowieje, albo może się nie udać i pacjent umiera, a w neurochirurgii pacjent może jeszcze długo żyć z paraliżem lub porażeniem i lekarz musi oglądać swoje cierpiące ofiary. Tytuł książki jest pewną ironią, bo z jednej strony kojarzymy od razu przysięgę Hipokratesa ze wzniosłą misją lekarzy, ale z drugiej strony autor, jako lekarz, musiał łamać tą przysięgę, skazując ludzi na długą wegetację bez celu, po nie do końca udanej operacji usunięcia guza mózgu, po wylewie w wyniku powikłań i tak dalej.
Lekarze (my lekarze, bo pozwolę się dopisać do tego zacnego grona, choć akurat ludzi nie leczę) mają ten przywilej, czy też to brzemię, że oglądają rzeczy niedostępne dla zwykłego człowieka. Mamy moc zadawania śmierci, oglądania śmierci i narodzin. Śmierć w wyniku uśpienia nie jest niczym widowiskowym, zwierzę jest znieczulone silnymi lekami do narkozy i dostaje zastrzyk z barbituranów, który zatrzymuje pracę serca. Zdarza się skurcz czy wyprężenie całego ciała, u kotów nastroszenie ogona, komory i przedsionki jeszcze chwilę migoczą, ale wyraźną oznaką śmierci są nieruchome, otwarte oczy bez odruchu rogówkowego, które można naciskać jak kauczukowe kulki. Właściciele różnie reagują w takiej sytuacji, większość obawia się, czy nie będą musieli obserwować, jak ich zwierzę się męczy i z ulgą przyjmują propozycję, żeby na czas zakładania dojścia dożylnego i podawania leków zatrzymujących serce wyszli do poczekalni. Na początku pracy starałam się jak najwięcej mówić do właścicieli, okazywać im wsparcie czy współczucie, ale po jakimś czasie doszłam do wniosku, że lepiej nie psuć ludziom wspomnień z ostatnich chwil ich zwierzaka moją bezsensowną gadaniną. W pamięci utkwiła mi kotka Pusia, śliczna, niebiesko- biała kotka dachowa, która pierwszy raz pojawiła się w lecznicy w drugi dzień Świąt, z powodu niewydolności nerek. Po serii kroplówek Pusia poczuła się lepiej, ale po kilku miesiącach wróciła z nowotworem sutka, który bardzo szybko urósł i dał już przerzuty do płuc. Jedyne co mi pozostało, to uśpić kotkę, bo czuła się już bardzo źle, nie chciała jeść i miała kłopoty z oddychaniem. Właściciele, małżeństwo emerytów, zdawali sobie sprawę z sytuacji i byli z tym pogodzeni. Gdy wychodzili do poczekalni, a Pusia była już pod wpływem leków usypiających, jej pani powiedziała- Żegnaj kochana, już nigdy więcej Cię nie zobaczę...
W tych prostych słowach zawarła wszystko, co było do powiedzenia.

środa, 9 listopada 2016

O Boże Bożeno

Ostatnio trochę zaniedbałam kocią tematykę, więc dziś będzie notka w całości poświęcona mojej kotce, Bożence. Wiem, że większą popularnością cieszą się wpisy, opisujące moje, zapierające dech w piersiach, przygody, ale ostatnio nie miałam większej przygody, niż korzystanie z bidetu, więc musicie się zadowolić oklepaną, kocią tematyką. Uff, konstrukcja tego zdania mnie wykończyła.
Jak pamiętacie, wzięłam kotkę Bożenkę z mojej poprzedniej pracy, bo była mała i śliczna i gdy tylko ją ujrzałam, zachwyciłam się "O Boże Bożenko, jesteś taka piękna!" i stąd jej imię.
Bożenka rosła sobie zdrowo, zaczęła wysypywać się z kartonu, sikania do kuwety nie do końca się nauczyła, przeszła odrobaczenia, szczepienia, sterylizację jako młoda dama i zadomowiła się na stałe w naszym domu. Pewnie można powiedzieć, że kto ma jednego kota, ten nie zna kotów w ogóle, i to powiedzenie sprawdziło się w moim przypadku. Bożenka jest zupełnie inna od kotka Raviczka, a zapewne jeszcze wiele kocich charakterów przede mną. Marzy mi się kot- przytulak, który strzela baranki, no ale nie tym razem :) 
Bożenka urodziła się w połowie sierpnia 2014, więc już ma skończone 2 lata i jej koci charakter się ukształtował. Lubi jeść, ale to nic niezwykłego, jeśli chodzi o koty. Nie lubi specjalnie wskakiwać nigdzie wysoko, bo ma krótkie nóżki, małe to i niewywrotne.
Często jej powtarzam, że jej uroda to jedyny powód, dla którego jeszcze u nas mieszka, bo ani to specjalnie miłe, ani mądre, a już na pewno nie kulturalne. Bożena okazuje miłość do człowieka tylko wtedy, kiedy czegoś chce, i nie jest zbyt wylewna. Ociera się o nogi, ale potem ostentacyjnie idzie się otrzeć o drzwi, żeby pokazać, że phii, nie wyobrażaj sobie, że darzę cię jakimś specjalnym uczuciem.
Gdy pogłaszczesz Bożenkę, to ona nie zaczyna mruczeć, tylko robi minę: A kiedy ja ci pozwoliłam dotknąć moją piękną, kocią osobę? , po czym ostentacyjnie wylizuje pogłaskaną część.
Człowiek się przyzwyczaja nawet do takiej małej, bezużytecznej i bezcelowo żyjącej kociej istoty i czuję się dziwnie, gdy nikt nie łapie moich nóg, gdy kładę się do łóżka i nie zdążę ich schować pod kołdrę. Nie powiem, że brakowałoby mi podgryzania mnie w ścięgno Achillesa, gdy chodzę po domu bez skarpetek, a już na pewno by mi nie brakowało sprzątania sików zza kanapy, ale darzę tą małą, szarą istotkę istotnym sentymentem, a może nawet sympatią. W końcu gdyby nie ona, to z kogo byśmy się codziennie śmieli?

Bożenko, Bożenko, choć tyle masz wad
Bez Ciebie cóż wart, cóż wart byłby świat??

I komu bym robiła tyle zdjęć??



środa, 2 listopada 2016

Wesele cz. 2

Moi drodzy, oto wyczekiwana druga cześć naszej przygody w województwie wielkopolskim. Nie wiedziałam, czy napiszę drugą część, ale pierwsza spotkała się z ciepłym przyjęciem, a Panna Młoda napisała, że czytała z wypiekami i sama nie wie, jak ta historia się skończy!!

Skończyłam na tym, że w przeddzień wesela byłyśmy na biforku, gdzie tłukło się butelki. Księżyc w pełni wschodził nad Tarnówką, kiedy pojechałyśmy do naszego ośrodka i zakończyłyśmy ten dzień, pełen wrażeń.
Drugiego dnia, po śniadanku w towarzystwie dzików, pojechałyśmy na zwiedzanie okolicy. Przeszłyśmy się po centrum miasta, trafiłyśmy do sklepu obuwniczego, gdzie sprzedawano głównie kalosze, oraz do zaskakująco miło wyposażonej drogerii, w której zaopatrzyłam się w kilka kosmetyksów.
Wał Pomorski- Pommernstellumg!
Trochę brakowało nam kawy, a i śniadania nie zjadłyśmy zbyt obfitego, więc udałyśmy się w kierunku polecanego na Trip Advisor miejsca, gdzie Magda Gessler przeprowadziła swoje "Kuchenne Rewolucje", czyli do restauracji Folklor. Zjadłyśmy tam pyszne i wielkie naleśniki (naleśniki ze szpinakiem i kurczakiem Kociej Matki były bosskie, tak samo jak świeżo wyciskany sok z jabłek), oraz podziwiałyśmy uroczy, rustykalny wystrój wnętrz. Jeśli ktoś będzie w okolicy, to nie szukajcie na darmo tego Makdonalda!
Najadłyśmy się bardzo bardzo, nawet trochę za bardzo. Wróciłyśmy do dzików i postanowiłyśmy pójść na "krótki spacerek dookoła jeziora", żeby to rozejść. Poszłyśmy leśną ścieżką, przeszłyśmy koło plaży, gdzie pan w towarzystwie jamnika Grosika rzucał nożem do drzewa (raz mu się nawet udało), pogoda była piękna, słonecznie, szłyśmy sobie i rozmawiałyśmy. Jezioro w Jastrowiu wygląda mniej więcej jak wieloryb, a na mapie wydawało się, że obie płetwy tego wieloryba są oddzielnie i można między nimi przejść. Nic bardziej mylnego, zamiast wracać do ośrodka, cały czas się od niego oddalałyśmy, co można było wyczytać ze słońca, cieni oraz ruchu mrówek (pamiętajcie, jeśli zgubicie się w zimę w lesie, to trzeba rozgrzebać mrowisko i się w nim położyć! Tak mówi nasza inna koleżanka, jeśli akurat nikogo nie klinczuje). Tak naprawdę, nie wyczytywałyśmy tego z ruchu cieni, tylko z nawigacji w smartfonie. Dopóki szłyśmy szeroką drogą, nie było powodów do niepokoju, ale gdy zaczęłyśmy się przedzierać jakąś dziką ścieżką przez krzaki, a z krzaków wyskoczyła sarna, za którą Kocia Matka wołała - Nie bój się! Ciocie nie jedzą sarenek!, stwierdziłam, że już chyba nie jesteśmy w Kansas. Anymore. Ślub miał być na 17, było już po 14, my byłyśmy w lesie (dosłownie) i nie wiadomo było, kiedy i jak wrócimy. Dodam tylko, że wcześniej zjadłyśmy dużo, nawet dużo za dużo, co trochę utrudniało chodzenie. W którymś momencie stwierdziłyśmy, że jak podniesie się ręce nad głowę, to żołądek trochę mniej ciąży, więc tak szłyśmy przez te krzaki, z rękoma nad głową. To nie jest ani trochę dziwne.
Kiedy już byłam bliska rozpaczy, na ścieżce zauważyłyśmy ogara polskiego, a kawałek dalej pana, który wołał- Elza, Elza do nogi! Zapytałam się pana, gdzie jesteśmy, on się zapytał, gdzie chcemy być, a jak powiedziałam, że chcemy być w ośrodku Leśnik, to pokazał nam drogę. Jeszcze tylko jakieś pół godziny marszu i powitały nas dziki. Oczywiście Kocia potem mówiła, że taki spacer to żaden spacer, ale ja byłam w szoku, że dałam radę przejść taki kawał i ani razu nie płakałam, że chcę do domu.
Niestety nie miałyśmy czasu na drzemkę, ani na nic, tylko musiałyśmy szybko się wyszykować na wesele, więc ja założyłam mój strój, w których byłam już wcześniej w tym roku na dwóch weselach (eee to znaczy pewnie nie powinnam tego mówić, więc to był strój nówka sztuka nieśmigana), Kocia Matka założyła swoją, dopracowaną w każdym detalu, stylizację (było tyle zwrotek i przymiarek, że kurierzy z Zalando chyba już ją mają na czarnej liście), uczesałyśmy się, czyli dokładniej ja zakręciłam sobie ptasie gniazdo na głowie lokówką, a potem utrwaliłam lakierem, umalowałyśmy i poleciałyśmy.
Ślub był w uroczym, małym kościółku, ceremonia zakończyła się sukcesem, ksiądz mówił całkiem sensowne kazanie, wiecie, nic z tych rzeczy "w waszym małżeństwie najważniejszy jest Bóg, a wy to w sumie nie wiadomo, po co tam jesteście, no ale oglądajcie Telewizję Trwam, a jak będzie jakiś problem, to idźcie się pomodlić".
Potem jeszcze ksiądz zaproponował nowożeńcom, że skoro mąż może żonę całować wszędzie, gdzie chce (tu chwila konsternacji, bo nie bardzo było wiadomo, co ksiądz ma na myśli), to może ją pocałować w... w kościele ! To pan młody pocałował pannę młodą w kościół... to znaczy w usta. 
Rozpoczęła się zabawa weselna na sali, najpierw jedzenie, potem picie, potem tany tany, potem znów powtarzamy całą procedurę i tak bliżej nieokreśloną liczbę razy, nie będę się nad tym rozpisywać, bo każdy wie, jak to na weselu bywa, piosenki biesiadne, gry, zabawy, harce i swawole.
Nadszedł moment oczepin i nawet udało mi się złapać welon, więc szczęście me nie miało granic, Kocia Matka stwierdziła, że ona by nie chciała welonu łapać. Ja już raz złapałam bukiet, raz welon, ale to i tak nic specjalnego do mojego życia nie wniosło, whatever! Tort, po torcie, co to jest za dziewczyna, niech ktoś odpowie mi, co ciało swe wygina Miód Malina! W górę serca, w górę czary, pijmy zdrowie młodej pary! Kocia Matka wpisała się wierszem do księgi pamiątkowej, ja wpisałam wierszyk, przed salą weselną siedział biało- czarny kot z jakimś śmiesznym imieniem, coś chyba w stylu Parchatek (rak płaskonabłonkowy małżowin usznych albo stadium przednowotworowe), wujek Roman, specjalista od miejscowej kiełbasy, prosił po kolei wszystkie dziewczyny do tańca i opowiadał, jak to po piątkowym biforku o 4 rano chciał już iść do domu, ale zaklinował się w krzesełku i poszedł z krzesłem na plecach do domu... W końcu czas było wracać, dojechaliśmy do naszego ośrodka, a do pokoju wpakował nam się świadek i stwierdził, że śpi z nami, bo nie miał klucza do swojego pokoju- nie ma problemu, bo i tak miałyśmy wolne łóżko. 

Przydługawa ta historia się robi, więc skracając: następnego dnia poprawiny, pożegnanie i wracamy do Warszawy. Kocia Matka twardo prowadzi samochód, zjechałyśmy do McDonalda przy A2, byłyśmy chyba (na pewno) najlepiej ubranymi osobami w Makusiu, zjadłyśmy i ja miałam prowadzić już do Warszawy. Jechałam dopiero 10 minut, gdy na szosie ruch się zagęścił, ktoś się wcisnął na nasz pas, ktoś przyhamował, ja usłyszałam tylko pisk Kociej Matki- IWONKAA UWAŻAJ ŁIIIIIIII!!! Bum, trzask i zapadła ciemność. Gdy otworzyłam oczy, nasz samochód wąchał dupę innego samochoda, a za nami kolejne samochody miały odpowiednio tył i przód skasowane. Nam pękł jakiś plasticzek, samochodowi przed nami pękł też plasticzek i na tym się skończyło, całe szczęście. Zdaje się, że to była wina pierwszego samochodu, bo się niepotrzebnie wciskał, ale kto komu w dupę wjedzie, temu musztarda po obiedzie, czy jak to mówi Księga Ulicy. Po tym incydencie zrezygnowałam z kierowania samochodem i do Warszawy dojechałyśmy już bez żadnych przeszkód.

Na tym kończę opis naszych weselnych przygód, pozdrawiam Młodą Parę, niech Wam Bóg w tłustych dzieciach wynagrodzi! A dżemik był bardzo dobry, zjadłam już oba słoiki, swój i Tyśki :3
Bardzo miło jest się wyrwać za miasto na weekend na wesele, taki chill out, trochę zwiedzania, trochę zobaczenia czegoś nowego, np. nowe stado dzików... Hi hi!
chwila zadumy w przebieralni nad jeziorem







czwartek, 27 października 2016

Wesele... cz.1

W piękny wrześniowy weekend, na zakończenie mojego urlopu, wybrałyśmy się z Kocią Matką aka Tyśką na wesele jej znajomego, do miejscowości pod Piłą. Kocia Matka przyjechała do mnie w czwartek wieczorem, zjadłyśmy smaczną kolacyjkę, zrobiłam jej krwisto- czerwone hybrydy na paznokciach i poszłyśmy spać z kotem. Kwintesencja staropanieństwa.
Rano zjadłyśmy równie pyszne śniadanko, z dżemem z kumkwata, i ruszyłyśmy w podróż samochodowo- autostradową. Grało radio, słońce świeciło, kilometry mijały, a my marzyłyśmy o postoju w McDonaldzie i jakimś McWrapiczku. Mijają kilometry, a Makusia nie ma. Mijamy Toruń, Makusia nie ma. Minęłyśmy Bydzię, Makusia niet. Już łzy w oczach, żołądki przy kręgosłupie. W końcu zostałyśmy zmuszone do postoju na stacji benzynowej, gdzie serwowano mniej więcej dewolaja, schabowego, sałatkę i placki ziemniaczane. Kocia Matka zjadła sałatkę, ja placki ziemniaczane i ruszyłyśmy dalej. Krajobraz coraz bardziej malowniczy, kręte drogi i pagórki, zieleń przetykana już złotymi liśćmi, złote popołudniowe słońce. Z radia leci akurat Michał Bajor "Moja miłość największa". Mówię Kociej Matce, że lepiej prowadzi samochód, niż śpiewa. Kocia Matka sugeruje, że lepiej się jedzie samochodem, niż idzie na piechotę.
Dojechałyśmy do skrzyżowania, gdzie można było jechać albo do Jastrowia, albo do Więcborka. Ha, Więcbork, coś mi to mówi... Kiedyś tam już byłam i na pewno tam nie wrócę!
W końcu dojechałyśmy do miasta Jastrowie, które zasłynęło np. tym, że w XVIIIw. odbyło się tu wiele procesów czarownic, a w XXIw. przyjechała tu Magda Gessler. Niestety kilka wieków za późno...
Ośrodek Leśnik oferował zakwaterowanie w pawilonach nad jeziorem, za małą dopłatą można było mieć pokój z łazienką, z czego skwapliwie skorzystałyśmy. Widok malowniczy, las, za domkiem zejście do jeziora, plaża, pomost, świeże powietrze. Rozpakowywałyśmy się właśnie, gdy do naszych uszu dobiegł niepokojący dźwięk. ŁiIIIIIiiii łiiiiiiii  ŁIIIII chrrrrr chrrrrrrrrr...
-COOOOO??- wrzasnęła Kocia Matka- Oni tu mają dziki!!??
Otworzyłam drzwi i omal nie padłam, powalona potężną falą - Taaak... I chyba właśnie im sprzątają...

Na piątek wieczorem był zaplanowany biforek wesela, czyli miejscowy zwyczaj "Polter". Polter polega na poczęstunku i popijawie, na której tłucze się butelki, szkło, inną ceramikę oraz sprzęty, na specjalnie przygotowanym kamieniu przed domem panny młodej. My, jako osoby nieobeznane z tradycją, zorganizowałyśmy sobie tylko po butelce po soczku, ale miejscowi przynosili całe kartony butelek, a ktoś opowiadał, że kiedyś na polter ktoś przyniósł nawet stary telewizor...
Biesiada trwała w najlepsze, a ponieważ impreza była otwarta i nie było selekcji na wejściu, to pojawił się też miejscowy super- alko men, czyli pan Zenek (chyba). Super alko men miał w porywach 5 zębów, kapelusz w stylu pijana panama, oraz zdanie na każdy temat. Wychwycił, że są podobno goście ze stolycy i zaczął nas wypytywać o realia życia w Warszawie. Kocia Matka mu powiedziała, że w Warszawie zarabia się 15 zł/h (czy inna kwota, ale podobna), na co pan Zenek, grzebiąc sobie paluchem w rozporku, zawyrokował - Cooo? Eeee idź ty! To ja jaj nie mam, jak ty jesteś z Warszawy! Taka tam warszawianka! To ja bym cię do worka zapakował i na targu w Poznaniu za więcej sprzedał, jako świnię!! Hahahaha!!
świnka i dzik

W następnej części min.: o tym, jak ogar Elza nas uratował, o wujku Romanie, który się zaklinował w krzesełku oraz o moim sukcesie na weselu. Część druga może nastąpi.


sobota, 1 października 2016

Korfu cz.2- Eternal silence of the sea...

Słońce przypieka, morze błyszczy i faluje kusząco, jak w piosence o cykadach na Cykladach- Morze i niebo ostro lśni, dobrze mi tak, jak dobrze mi...  Zakładam płetwy, maskę i kaczym krokiem wchodzę tyłem do wody, żeby nie potknąć się na plaży. Woda jest ciepła i słona jak krew, błękitna i przejrzysta, widzę dno w miejscu, gdzie kończy się kamienista plaża i zaczyna jasna, piaszczysta płaszczyzna. Zanurzam się pod wodę i w uszy wciska mi się świdrująca morska cisza, gdzieś z oddali przebija się plusk i szum wody. Cały świat jest cichy, falujący i błękitny, tracę orientację, nie wiem, gdzie jest brzeg, widzę tylko przemykające co jakiś czas ryby.
 Czuję się zahipnotyzowana tym cichym, obcym światem, do którego mogę zajrzeć na kilka chwil. Pływam wzdłuż plaży, aż w końcu wypływam na brzeg. Przez chwilę nie mogę się podnieść, bo płetwy utrudniają ruchy i znów czuję ciężar swojego ciała, które wcześniej unosiło się swobodnie w morzu. Jestem jak syrena wyrzucona na ląd. Słońce wysusza sól na mojej skórze, czas zdjąć płetwy, wstać i pożegnać odwiecznie milczące morze.


Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda! Postanowiłyśmy wybrać się na wycieczkę do Sidari, więc stawiłyśmy się na przystanku, z którego miał odjechać autobus. Zeszłyśmy na dół naszej wioski, do głównej drogi, a tam ani autobusu, ani przystanku, jedyny punkt orientacyjny, jaki udało się nam znaleźć, to piekarnia, bo coś pachniało bułkami, a nasz gospodarz powiedział nam, że to koło piekarni. Rysunek poglądowy:

Przystanek jest tam, gdzie kółeczko, a rozkład jazdy pokazuje strzałka. To jest Grecja, to jest Logika! Niestety skasowałam zdjęcie rozkładu jazdy, ale autobus i tak nie pojawił się o żadnej wymienionej godzinie, przyjechał za późno (albo za wcześnie, jak kto uważa). Zapakowałyśmy się i ruszyłyśmy w podróż. Wszędzie rosną cyprysy, pomocnik kierowcy usadza ludzi jak sardynki w autokarze, piękne niebo, piękne morze, piękne widoki, autobus kiwa się to na lewo, to na prawo, wszędzie cyprysy, piękne no piękne (tak, powtórzę to jeszcze nieraz).

Zdjęcia są z google earth, bo niestety z środkowego siedzenia na tyle autokaru nie dało się za bardzo fotografować, a szkoda. Generalnie miałam wrażenie, że zaraz komuś pozdejmujemy kwiatki z parapetu.

Sidari nas nie zachwyciło, ale przynajmniej obejrzałyśmy całą północną część wyspy, jak to ładnie określiła Beata, "trawersując zbocza Pantokratora". Piękne widoki, piękne panoramy i ... wszędzie cyprysy!

http://tarasdragon.blogspot.com/







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...