czwartek, 3 maja 2018

dobrze jest być sobą...

Dawno nic nie pisałam i prawie zapomniałam o tym blogu. Znalazłam sobie dużo ciekawszych zajęć, które dają mi satysfakcję, więc blog sobie umierał śmiercią naturalną. Ostatnio na facebookowej grupie weterynaryjnej ktoś poruszył temat blogowania, więc przypomniałam sobie, że warto by tutaj trochę uaktualnić. Nawet, jeśli nikt tego nie czyta, tak dla porządku.
Nie jadę w tym roku do Grecji, więc nie będzie Opa, Opa. Wolę urlop spędzić na plenerze fotograficznym. Na czerwiec mam zaplanowane już dwa plenery i bardzo się z tego cieszę, bo wkręciłam się w modelkowanie. Cały ten światek fotograficzny to ciekawe zagadnienie, myślę, że ktoś powinien o tym napisać artykuł do jakiejś lajfstajlowej gazety, o niezależnych fotografach- hobbistach, o niekomercyjnych modelkach, chudych, normalnych i grubych, bo każdy ma jakąś swoją, inną historię :) Może nawet napiszę o tym notkę, ale dopiero za jakiś czas, kiedy wrócę z pleneru i będę miała więcej zebranego materiału :)Przez ten rok poznałam bardzo dużo nowych ludzi, udało mi się zmniejszyć moją nieśmiałość, zaczęłam odkrywać innych ludzi, poznawać ich spojrzenie na życie i ich historię, bez nadmiernego oceniania czy krytyki.

Jeśli chodzi o pracę, to wyrobiłam sobie zdrowy dystans, może nawet jest to odgradzanie się od pracy w czasie wolnym, staram się w czasie wolnym nie angażować w nic związanego z pracą, bo to gwarancja zachowania zdrowia psychicznego. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, a nadmierne angażowanie się prowadzi do rozczarowania, że zaangażowanie nie przekłada się na efekty- i tu prosta droga do wypalenia zawodowego. 

To wszystko, co przyszło mi dziś do głowy, żyję i mam się dobrze, staram się poprawiać każdego dnia i uśmiechać dużo, bo uśmiech rozwiązuje połowę problemów dnia codziennego :) Pozdrawiam Was ciepło!

środa, 6 grudnia 2017

Nie dam rady tak dłużej...

Nie, nie... spokojnie, dam radę, bez przesady, to taki tytuł do przykucia uwagi. Czyjej? Nie wiem, już dawno przestałam aktualizować bloga, zresztą teraz na topie są Instagram i tym podobne, oo, zwłaszcza Youtube.  Nie mam ambicji dotrzymywac kroku wszystkim tym trendom, niech tym się zajmą młodsi. Życie się toczy jak w Klanie, życie życie jest nowelą, ale Klanu teraz nawet ja już nie oglądam. Teraz porównywalny dreszczyk zapewniają nam codzienne wiadomości, czy raczej Fakty, bo Wiadomości już też nie oglądam.
Dziś w szpitalu skorzystałam z toalety, a za mną w kolejce stała starsza babcia, która ogłaszała wszem i wobec, że zaraz się posika. W kiblu nie było nikogo innego, ja też się prawie posikałam, to znaczy posikałam się zupełnie, ale w miejscu do tego przeznaczonym.
W H&M na półkach były tabliczki- "Idealna impreza", że stroje na Gwiazdkę, na Sylwestra... Tylko ktoś nie pomyślał, jak na tej samej tabliczce przyczepili obok kartkę - "Legginsy ciążowe". To będzie ciekawa impreza.
To mój nowy look- oczywiście nie wyjdę tak z domu, no może bym wyszła w Sylwka, ale w Sylwka pracuję. Choć może... może w Sylwestra by zrozumieli, że mam fartuch wieczorowy ;) Nowe okulary, które miałam w planach zrobić sobie od 2 lat, kolczyk sztuczny do nosa z allegro, ciemna szminka. Bardzo słodko, haters gonna hate. 
No i koniec, bo nie dam rady tak dalej pisać o niczym. Widziałam dziś furgonetkę ubojni królików "Amciu". Niedawno widziałam niebieskie BMW z rejestracją  TO LYSY. 

sobota, 30 września 2017

Historia pewnej obywatelki, trochę starszej

Przeczytałam poprzednią notkę z tej serii, bo sama byłam ciekawa, co kiedyś pisałam na tym blogu. W zasadzie ze wszystkim się zgadzam, oprócz tego, że masaż misami tybetańskimi bym teraz zmieniła na masaż misiami tybetańskimi. To pewnie jakiś bardzo rzadki i zagrożony gatunek, narażony na wyginięcie, bo Chińczycy robią piszczałki z jego penisa albo penisy z jego piszczałek.
      Małe sprostowanie- opinie, wyrażone na tym blogu, odzwierciedlają moje myśli z dnia dzisiejszego, nie z wczoraj ani nie z przedwczoraj, do tego, co było ponad 3 lata temu się wcale nie przyznaję, a 7 lat temu to nie byłam ja!
     Jeśli chodzi o moje życie, to w tej chwili opromienia je blask słońca, zadowolenia i poczucia własnej wartości. Wiem, że nieładnie o tym mówić w świecie, gdzie każdy ma problemy i tylko myśli, jak innym dopieprzyć, ale czuję się teraz naprawdę dobrze! Co dla mnie znaczy "naprawdę dobrze"? To chyba skupienie się na chwili, bez strachu o przyszłość i bez rozpamiętywania przeszłości, bez zadręczania się czymś, co "mogłam zrobić inaczej". No ni chuja nie mogłam, jak widać. Też bez planowania przyszłości, bez napinki, bez myślenia "musi być taki i tak, za 2 lata widzę się tu, to na pewno się uda" bo wiadomo, że nie mam na to wpływu. Staram się nie myśleć, czy z tego małego ziarenka wyrośnie wielkie drzewo, tylko cieszyć się zielonym kiełkiem. Może to brzmi bez sensu, ale takie mam przemyślenia w tym momencie.
     Mam kilka złotych myśli, które sobie zapisałam:
Porady jak nie być nieszczęśliwym
Zostaw przeszłość w przeszłości.
Nie przezywaj za bardzo. I nie dramatyzuj. Nie kłóć się.
Nie rob nic na siłę. Zrobisz to, gdy bedziesz chcieć, bedziesz gotowy albo będziesz wiedzieć, że to konieczne. W innych wypadkach nie rób rzeczy, co do ktorych nie masz przekonania.
Nie szukaj drugiego dna ani ukrytych intencji.
Przyjmuj komplementy.
Nie obwiniaj się o nic.
Zerwij znajomości z ludźmi, którzy cię ciągle  krytykują. Można krytykować czyjeś zachowania i czyny, ale nigdy całą osobę.
Nie krytykuj i nie zazdrość.
Otwórz się na ludzi.

       Trudno mi nawet opisać, jak wiele wspaniałych rzeczy ostatnio wydarzyło się w moim życiu, bo otworzyłam się na ludzi, bo zaczęłam akceptować to, co mi oferują. Poznałam wielu fajnych fotografów, którzy robią mi piękne zdjęcia, poznałam ludzi, z którymi znajduję wspólny licznik lub mianownik, za namową znajomej wystartowałam nawet w amatorskim rajdzie samochodowym. W dużej mierze ta znajoma, Papryka, była spiritus movens tych rewolucji, bo wyrywała mnie z mojej strefy komfortu i nie przyjmowała do wiadomości mojego sprzeciwu. Chodź, pojedziemy na sesję do mojego znajomego, już do niego dzwonię... Ha Ha Halo...? Aaa, zapomniałam ci powiedzieć, że on robi zdjęcia minimum topless

Nauczyłam się, jak ważne jest zachowanie mojej strefy komfortu, nie robienie rzeczy, które mi się nie podobają, nie pasują, w których się nie czuję dobrze. Najlepiej po prostu powiedzieć- nie odpowiada mi to, bo to ... to ... to.... Na pewno nie można tkwić w sytuacji, która mi nie pasuje, głównie mam tu na myśli pracę. Oczywiście bla bla bla, łatwo mówić, bo nie muszę się sama utrzymać i nie muszę też pracować jak pracownica niewolnica/ dziki osioł, ale właśnie dlatego kurczę NIE MUSZĘ. Nie musze się męczyć z szefem, który mi nie pasuje, trochę to późno zrozumiałam, ale w końcu mnie oświeciło.

Trzeba mieć czas dla siebie, poczytać książkę, wypić piwo w ogródku, napisać coś (na blogu, hahaha).

A i najważniejsze. Nie wiem, czy to już pisałam, ale chcę tą notkę skończyć, więc nie będę mojego bełkotu czytać od początku. Robić to co $^&( ja chcę, co mi się podoba, nie próbować komuś zaimponować, czy przypodobać się, udając kogoś innego. To było niesamowicie głupie, ale bardzo długo tak robiłam. Ale teraz wiem, że jestem najlepszą wersją samej siebie. Oczywiście to samo się nie zrobiło, musiałam długo na to pracować i nie chodzi mi tylko o ćwiczenie pleców, żeby się nie garbić. Ale teraz jest w porządku. Młodość stabilna. 

czwartek, 8 czerwca 2017

Wielkie Greckie Wakacje vol. 2

Sequele nie zawsze się udają, bo albo pomysł już zgrany, albo jeden aktor nawali, albo po prostu "to już nie jest to". Podobne obawy towarzyszyły mi, gdy planowałam kolejne już Wielkie Greckie Wakacje, jednak nic z tego! Wakacje nie okazały się klapą! Wielkie Greckie Wakacje zawsze muszą się udać! Opa!

Tym razem los skierował nas na wyspę Zakynthos, słynącą z żółwi. Oprócz tego słynie z oliwek, pięknych plaż, malowniczych skalistych wybrzeży, przejrzystej wody, dobrego jedzenia, sympatycznych mieszkańców... eee, to w sumie masło maślane o całej Grecji.
Już po lądowaniu (zaraz po brawach) przywitała nas, inaczej, niż w zeszłym roku, piękna pogoda. Bez problemu (inaczej, niż rok temu) znalazłyśmy rezydentkę, trafiłyśmy do autokaru i ruszyłyśmy w średnio długą podróż do hotelu, bez stłuczki drogowej po drodze (jw.).

Po obu stronach krętych dróżek rozpościerały się gaje oliwne, nieznacznie tylko zasłaniane przez leżące co jakiś czas hałdy śmieci. Dojechałyśmy do hotelu, dostałyśmy klucze do pokoju, wniosłyśmy walizki na 2 piętro i byłyśmy już w domu! 
Pokój ładniejszy niż na Korfu i na pewno większa łazienka, nie dało się siedzieć na sedesie w trakcie brania prysznica, tylko spłuczka kiepsko działała i czasem przez pół nocy rezerwuar nam czule plumkał.
Na jakie atrakcje można liczyć na Zakynthos (oprócz retsiny, oliwek i piwa Mythos)? Przede wszystkim piękne widoki, tak piękne, że czasem się gapiłam z rozdziawioną gębą...

zdj. Beata B.

zdj. Beata B.
A na dodatek, oprócz gapienia się z rozdziawioną gębą, można było zrzucić ciuchy i wskoczyć do tej pięknej, szmaragdowej wody! (lepiej najpierw zamknąć gębę)
zatoczka przy Keri

to żadna z nas
Popływałyśmy trochę przy plaży Xygia, gdzie ledwo dopłynęłyśmy do brzegu, jak dwa żółwie, potem ja jeszcze trochę pływałam przy przylądku Keri (to chyba najpiękniejsze miejsce na wyspie, choć tam co 5 kroków przewodniczka mówiła, że to jest najpiękniejsze miejsce, tu jest najpiękniejszy widok itd itp.), a potem nasz piracki statek zawinął do portu, tylko najpierw musiał zwinąć piracką flagę, przy wtórze tuszu z Piratów z Karaibów, a potem jeszcze załoga zaprezentowała taniec pijanego greckiego marynarza na wzburzonym morzu (miało to chyba być sirtaki, czyli wariacja nt. tańca ludowego, czyli wariacja nt. wariacji, czyli twórcza improwizacja). Zapomniałam powiedzieć, że przez połowę rejsu statek skakał po falach jak młody delfin, a w efekcie połowa pasażerów leżała na dolnym pokładzie z workami lodu na głowach- ale nie my!!
nasz statkos pirackos

Na razie zmęczyłam się trochę tym pisaniem, bo od pół roku chyba nie pisałam żadnej notki na blogu, więc zostawiam Was na razie z refleksją, że to prawdziwe zdjęcia, a nie fotoszop, a jeśli nie wierzycie, to lećcie i przekonajcie się sami!







czwartek, 12 stycznia 2017

A może pisarką będę ja?

Chciałabym napisać książkę, marzyłam o tym od dawna. Nie za bardzo wiem, o czym ta książka miałaby być, chyba najbliżej mi do fabularyzowanej biografii, coś w stylu "Towarzyszki Panienki" Jaruzelskiej, czyli opowieści o sobie w formie krótkich esejów, nie pisanych chronologicznie, z których powoli wyłania się, tkany ze wspomnień, aluzji i anegdot, obraz życia. Oczywiście zapanowałaby cenzura, bo absolutnie nikt nie musi wiedzieć, jak to na przykład kiedyś, kiedy miałam około 12 lat, poszłyśmy ze starszymi kuzynami na lody, a ja wstydziłam się te lody sobie sama zamówić, więc obrażona wróciłam do domu.
Czytam teraz "Brud", kolejną książkę autora "Pokolenie Ikea" (ale hej, pierwszej jego książki nie czytałam) i widzę, że ten nurt polskiej literatury lubi dosadne określenia, lubi, żeby słowo, oznaczające męskie narządy płciowe było na każdej stronie, lubi też słowa określające stosunki seksualne. Skóra cierpnie na samą myśl, że może gdzieś, całkiem niedaleko, w Miasteczku Wilanów, żyją tacy ludzie, jak opisywany w książce Relu...
Podobnie było w powieści "Coraz mniej olśnień" Ałbeny Grabowskiej, choć tu penisy i pieprzenie były przedstawione w bardziej przemawiającej do czytelnika formie, czyli nie aż tak nachalnej i odrażającej. Ogólnie książka godna polecenia, zgrabnie napisana, trochę zaskakująca, momentami wzruszająca, opisująca ludzkie uczucia z ludzkiej perspektywy.
Po drugiej stronie stoją paździerze, które ledwo się czyta i aż dziwne, że ktoś to wydaje. Na przykład opisywana już przeze mnie "Miłość w kasztanie zaklęta", której pretensjonalny tytuł to dopiero początek, o tak, to DOPIERO początek... albo "Czas pokaże" Anny Ficner- Ogonowskiej. Przebrnęłam tylko przez kilkadziesiąt pierwszych stron, bo autorka z uporem maniaka opisywała i okraszała mnóstwem epitetów wszystkie czynności swojej bohaterki, wsadzając jeszcze gęsto retrospekcje, również usiane mnóstwem epitetów. Jedyna rzecz, którą zapamiętałam z tej książki, to fragment "miała jeszcze w ustach smak obiadu". Zapamiętałam, bo to wyjątkowo nieapetyczne.

Jak bym opisała swój dzień, jako wielka pisarka?
Jest 11 stycznia 2017. Godzina 17.13. Dziś nie idę do pracy (ani do pracy numer jeden, ani do pracy numer dwa). Wstałam koło 10, na śniadanie zjadłam odgrzaną wczorajszą pizzę. Wczorajsza pizza to jedno z najlepszych śniadań, ewentualnie mogłaby być pasta jajeczna z majonezem z bułką fitness z Lidla, ale nie chce mi się rano ani gotować, ani lecieć do Lidla. Tu powinien być jakiś dosadny fragment, więc napiszę, że drapię się w miejscu, gdzie łączą się nogi. No wiadomo, normalka. Zakładam ubranie i robię sobie kawę rozpuszczalną, czyli z poidła dla bydła. Co chwila sprawdzam powiadomienia na komórce i odpisuję koleżankom na messengerze. Idę zaraz na zakupy, więc myję zęby, zakladam soczewki i robię sobie makijaż. Gąbeczka do podkładu skacze jak opętana po mojej twarzy, na której, dzięki Bogu, nie ma jeszcze za dużo znaków upływu czasu. Potem delikatnymi ruchami, których nauczyłam się od urodowych guru z Youtube, rozcieram cień na powiekach. Na policzki nakładam róż Orgasm (ha! kolejne obsceniczne słowo) na który musiałam pracować 5 godzin, ale uważam, że czasem każdemu się należy. Zwłaszcza osobie, która nie ma perspektyw oszczędzania na nic.
12 stycznia 2017. Dziś czytałam w pracy "Brud", jedna pani spojrzała tylko i stwierdziła- O, czyta pani? Ja nie dałam rady.


sobota, 10 grudnia 2016

Po pierwsze nie szkodzić...

Czytam książkę o neurochirurgii o tym tytule, świetna lektura, która skłoniła mnie do napisania tych kilku słów. Oczywiście jestem daleka od pisania wspomnień ze swojego życia lekarza weterynarii, gdyż moje życie i kariera będą jeszcze długo trwały, mam nadzieję, natomiast mam kilka przemyśleń dotyczących pisania w ogóle, książek, zwłaszcza poświęconych medycynie i weterynarii, oraz tematów pokrewnych.
Wszyscy znamy ciepłe i wzruszające książki Jamesa Herriota, zabarwione dużą dozą humoru, opisujące sielankowe życie wiejskiego weterynarza w pięknym Yorkshire. Klienci są mili lub przynajmniej zabawni, więcej jest historii z happy endem, niż tych zakończonych niepowodzeniem i po lekturze cyklu książek pewnie każdy chciałby również być weterynarzem, zamieszkać w przytulnym Skeldale House i po pracy pić whisky i palić fajkę przy kominku. Jakie było moje zdziwienie, gdy, zaczynając pracę w tym szlachetnym zawodzie, przekonałam się, że ani nie mam tak spektakularnych przypadków, ani bynajmniej (bynajmniej nie?) spotykam się z wdzięcznością moich klientów. Pacjenci oczywiście okazują wdzięczność zawsze i wszędzie, mam już sporą grupę psiaków pacjentów, nad którymi lepiej się nie pochylać z otwartymi ustami, bo ich język to okrutnie wykorzysta. Zetknięcie się z rzeczywistością na początku jest szokujące, bo zamiast rozwiązywać medyczne zagadki, jak z dr House'a, trzeba w kółko robić to samo, czyli czyścić uszy oraz obcinać pazurki (jeśli jest coś, czego w tej pracy nienawidzę najbardziej, to właśnie jest przycinanie pazurków!!), cały czas się uśmiechać i spokojnie powtarzać "Pimpusiu, nic się nie dzieje, nie denerwuj się..." gdy wściekły Pimpuś próbuje mi odgryźć rękę. Pracuję już 4 lata i mam jeszcze obie sprawne ręce, jest to już jakiś sukces.
Autorem książki "Po pierwsze nie szkodzić" (Do no harm) jest angielski znany neurochirurg, Henry Marsh. Na zdjęciach w przeglądarce widzimy starszego pana, patrzącego na nas zza grubych oprawek okularów, będących częścią bezbłędnej stylówy angielskiego lekarza starszej daty. Na wszystkich zdjęciach ma poważny wyraz twarzy, jakby wciąż pamiętał o wszystkich nieudanych operacjach i sparaliżowanych pacjentach. Jak sam pisał, neurochirurg ma najtrudniejsze zadanie ze wszystkich chirurgów, bo w każdej innej dziedzinie operacja może się udać, i pacjent zdrowieje, albo może się nie udać i pacjent umiera, a w neurochirurgii pacjent może jeszcze długo żyć z paraliżem lub porażeniem i lekarz musi oglądać swoje cierpiące ofiary. Tytuł książki jest pewną ironią, bo z jednej strony kojarzymy od razu przysięgę Hipokratesa ze wzniosłą misją lekarzy, ale z drugiej strony autor, jako lekarz, musiał łamać tą przysięgę, skazując ludzi na długą wegetację bez celu, po nie do końca udanej operacji usunięcia guza mózgu, po wylewie w wyniku powikłań i tak dalej.
Lekarze (my lekarze, bo pozwolę się dopisać do tego zacnego grona, choć akurat ludzi nie leczę) mają ten przywilej, czy też to brzemię, że oglądają rzeczy niedostępne dla zwykłego człowieka. Mamy moc zadawania śmierci, oglądania śmierci i narodzin. Śmierć w wyniku uśpienia nie jest niczym widowiskowym, zwierzę jest znieczulone silnymi lekami do narkozy i dostaje zastrzyk z barbituranów, który zatrzymuje pracę serca. Zdarza się skurcz czy wyprężenie całego ciała, u kotów nastroszenie ogona, komory i przedsionki jeszcze chwilę migoczą, ale wyraźną oznaką śmierci są nieruchome, otwarte oczy bez odruchu rogówkowego, które można naciskać jak kauczukowe kulki. Właściciele różnie reagują w takiej sytuacji, większość obawia się, czy nie będą musieli obserwować, jak ich zwierzę się męczy i z ulgą przyjmują propozycję, żeby na czas zakładania dojścia dożylnego i podawania leków zatrzymujących serce wyszli do poczekalni. Na początku pracy starałam się jak najwięcej mówić do właścicieli, okazywać im wsparcie czy współczucie, ale po jakimś czasie doszłam do wniosku, że lepiej nie psuć ludziom wspomnień z ostatnich chwil ich zwierzaka moją bezsensowną gadaniną. W pamięci utkwiła mi kotka Pusia, śliczna, niebiesko- biała kotka dachowa, która pierwszy raz pojawiła się w lecznicy w drugi dzień Świąt, z powodu niewydolności nerek. Po serii kroplówek Pusia poczuła się lepiej, ale po kilku miesiącach wróciła z nowotworem sutka, który bardzo szybko urósł i dał już przerzuty do płuc. Jedyne co mi pozostało, to uśpić kotkę, bo czuła się już bardzo źle, nie chciała jeść i miała kłopoty z oddychaniem. Właściciele, małżeństwo emerytów, zdawali sobie sprawę z sytuacji i byli z tym pogodzeni. Gdy wychodzili do poczekalni, a Pusia była już pod wpływem leków usypiających, jej pani powiedziała- Żegnaj kochana, już nigdy więcej Cię nie zobaczę...
W tych prostych słowach zawarła wszystko, co było do powiedzenia.

środa, 9 listopada 2016

O Boże Bożeno

Ostatnio trochę zaniedbałam kocią tematykę, więc dziś będzie notka w całości poświęcona mojej kotce, Bożence. Wiem, że większą popularnością cieszą się wpisy, opisujące moje, zapierające dech w piersiach, przygody, ale ostatnio nie miałam większej przygody, niż korzystanie z bidetu, więc musicie się zadowolić oklepaną, kocią tematyką. Uff, konstrukcja tego zdania mnie wykończyła.
Jak pamiętacie, wzięłam kotkę Bożenkę z mojej poprzedniej pracy, bo była mała i śliczna i gdy tylko ją ujrzałam, zachwyciłam się "O Boże Bożenko, jesteś taka piękna!" i stąd jej imię.
Bożenka rosła sobie zdrowo, zaczęła wysypywać się z kartonu, sikania do kuwety nie do końca się nauczyła, przeszła odrobaczenia, szczepienia, sterylizację jako młoda dama i zadomowiła się na stałe w naszym domu. Pewnie można powiedzieć, że kto ma jednego kota, ten nie zna kotów w ogóle, i to powiedzenie sprawdziło się w moim przypadku. Bożenka jest zupełnie inna od kotka Raviczka, a zapewne jeszcze wiele kocich charakterów przede mną. Marzy mi się kot- przytulak, który strzela baranki, no ale nie tym razem :) 
Bożenka urodziła się w połowie sierpnia 2014, więc już ma skończone 2 lata i jej koci charakter się ukształtował. Lubi jeść, ale to nic niezwykłego, jeśli chodzi o koty. Nie lubi specjalnie wskakiwać nigdzie wysoko, bo ma krótkie nóżki, małe to i niewywrotne.
Często jej powtarzam, że jej uroda to jedyny powód, dla którego jeszcze u nas mieszka, bo ani to specjalnie miłe, ani mądre, a już na pewno nie kulturalne. Bożena okazuje miłość do człowieka tylko wtedy, kiedy czegoś chce, i nie jest zbyt wylewna. Ociera się o nogi, ale potem ostentacyjnie idzie się otrzeć o drzwi, żeby pokazać, że phii, nie wyobrażaj sobie, że darzę cię jakimś specjalnym uczuciem.
Gdy pogłaszczesz Bożenkę, to ona nie zaczyna mruczeć, tylko robi minę: A kiedy ja ci pozwoliłam dotknąć moją piękną, kocią osobę? , po czym ostentacyjnie wylizuje pogłaskaną część.
Człowiek się przyzwyczaja nawet do takiej małej, bezużytecznej i bezcelowo żyjącej kociej istoty i czuję się dziwnie, gdy nikt nie łapie moich nóg, gdy kładę się do łóżka i nie zdążę ich schować pod kołdrę. Nie powiem, że brakowałoby mi podgryzania mnie w ścięgno Achillesa, gdy chodzę po domu bez skarpetek, a już na pewno by mi nie brakowało sprzątania sików zza kanapy, ale darzę tą małą, szarą istotkę istotnym sentymentem, a może nawet sympatią. W końcu gdyby nie ona, to z kogo byśmy się codziennie śmieli?

Bożenko, Bożenko, choć tyle masz wad
Bez Ciebie cóż wart, cóż wart byłby świat??

I komu bym robiła tyle zdjęć??



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...