sobota, 10 grudnia 2016

Po pierwsze nie szkodzić...

Czytam książkę o neurochirurgii o tym tytule, świetna lektura, która skłoniła mnie do napisania tych kilku słów. Oczywiście jestem daleka od pisania wspomnień ze swojego życia lekarza weterynarii, gdyż moje życie i kariera będą jeszcze długo trwały, mam nadzieję, natomiast mam kilka przemyśleń dotyczących pisania w ogóle, książek, zwłaszcza poświęconych medycynie i weterynarii, oraz tematów pokrewnych.
Wszyscy znamy ciepłe i wzruszające książki Jamesa Herriota, zabarwione dużą dozą humoru, opisujące sielankowe życie wiejskiego weterynarza w pięknym Yorkshire. Klienci są mili lub przynajmniej zabawni, więcej jest historii z happy endem, niż tych zakończonych niepowodzeniem i po lekturze cyklu książek pewnie każdy chciałby również być weterynarzem, zamieszkać w przytulnym Skeldale House i po pracy pić whisky i palić fajkę przy kominku. Jakie było moje zdziwienie, gdy, zaczynając pracę w tym szlachetnym zawodzie, przekonałam się, że ani nie mam tak spektakularnych przypadków, ani bynajmniej (bynajmniej nie?) spotykam się z wdzięcznością moich klientów. Pacjenci oczywiście okazują wdzięczność zawsze i wszędzie, mam już sporą grupę psiaków pacjentów, nad którymi lepiej się nie pochylać z otwartymi ustami, bo ich język to okrutnie wykorzysta. Zetknięcie się z rzeczywistością na początku jest szokujące, bo zamiast rozwiązywać medyczne zagadki, jak z dr House'a, trzeba w kółko robić to samo, czyli czyścić uszy oraz obcinać pazurki (jeśli jest coś, czego w tej pracy nienawidzę najbardziej, to właśnie jest przycinanie pazurków!!), cały czas się uśmiechać i spokojnie powtarzać "Pimpusiu, nic się nie dzieje, nie denerwuj się..." gdy wściekły Pimpuś próbuje mi odgryźć rękę. Pracuję już 4 lata i mam jeszcze obie sprawne ręce, jest to już jakiś sukces.
Autorem książki "Po pierwsze nie szkodzić" (Do no harm) jest angielski znany neurochirurg, Henry Marsh. Na zdjęciach w przeglądarce widzimy starszego pana, patrzącego na nas zza grubych oprawek okularów, będących częścią bezbłędnej stylówy angielskiego lekarza starszej daty. Na wszystkich zdjęciach ma poważny wyraz twarzy, jakby wciąż pamiętał o wszystkich nieudanych operacjach i sparaliżowanych pacjentach. Jak sam pisał, neurochirurg ma najtrudniejsze zadanie ze wszystkich chirurgów, bo w każdej innej dziedzinie operacja może się udać, i pacjent zdrowieje, albo może się nie udać i pacjent umiera, a w neurochirurgii pacjent może jeszcze długo żyć z paraliżem lub porażeniem i lekarz musi oglądać swoje cierpiące ofiary. Tytuł książki jest pewną ironią, bo z jednej strony kojarzymy od razu przysięgę Hipokratesa ze wzniosłą misją lekarzy, ale z drugiej strony autor, jako lekarz, musiał łamać tą przysięgę, skazując ludzi na długą wegetację bez celu, po nie do końca udanej operacji usunięcia guza mózgu, po wylewie w wyniku powikłań i tak dalej.
Lekarze (my lekarze, bo pozwolę się dopisać do tego zacnego grona, choć akurat ludzi nie leczę) mają ten przywilej, czy też to brzemię, że oglądają rzeczy niedostępne dla zwykłego człowieka. Mamy moc zadawania śmierci, oglądania śmierci i narodzin. Śmierć w wyniku uśpienia nie jest niczym widowiskowym, zwierzę jest znieczulone silnymi lekami do narkozy i dostaje zastrzyk z barbituranów, który zatrzymuje pracę serca. Zdarza się skurcz czy wyprężenie całego ciała, u kotów nastroszenie ogona, komory i przedsionki jeszcze chwilę migoczą, ale wyraźną oznaką śmierci są nieruchome, otwarte oczy bez odruchu rogówkowego, które można naciskać jak kauczukowe kulki. Właściciele różnie reagują w takiej sytuacji, większość obawia się, czy nie będą musieli obserwować, jak ich zwierzę się męczy i z ulgą przyjmują propozycję, żeby na czas zakładania dojścia dożylnego i podawania leków zatrzymujących serce wyszli do poczekalni. Na początku pracy starałam się jak najwięcej mówić do właścicieli, okazywać im wsparcie czy współczucie, ale po jakimś czasie doszłam do wniosku, że lepiej nie psuć ludziom wspomnień z ostatnich chwil ich zwierzaka moją bezsensowną gadaniną. W pamięci utkwiła mi kotka Pusia, śliczna, niebiesko- biała kotka dachowa, która pierwszy raz pojawiła się w lecznicy w drugi dzień Świąt, z powodu niewydolności nerek. Po serii kroplówek Pusia poczuła się lepiej, ale po kilku miesiącach wróciła z nowotworem sutka, który bardzo szybko urósł i dał już przerzuty do płuc. Jedyne co mi pozostało, to uśpić kotkę, bo czuła się już bardzo źle, nie chciała jeść i miała kłopoty z oddychaniem. Właściciele, małżeństwo emerytów, zdawali sobie sprawę z sytuacji i byli z tym pogodzeni. Gdy wychodzili do poczekalni, a Pusia była już pod wpływem leków usypiających, jej pani powiedziała- Żegnaj kochana, już nigdy więcej Cię nie zobaczę...
W tych prostych słowach zawarła wszystko, co było do powiedzenia.

środa, 9 listopada 2016

O Boże Bożeno

Ostatnio trochę zaniedbałam kocią tematykę, więc dziś będzie notka w całości poświęcona mojej kotce, Bożence. Wiem, że większą popularnością cieszą się wpisy, opisujące moje, zapierające dech w piersiach, przygody, ale ostatnio nie miałam większej przygody, niż korzystanie z bidetu, więc musicie się zadowolić oklepaną, kocią tematyką. Uff, konstrukcja tego zdania mnie wykończyła.
Jak pamiętacie, wzięłam kotkę Bożenkę z mojej poprzedniej pracy, bo była mała i śliczna i gdy tylko ją ujrzałam, zachwyciłam się "O Boże Bożenko, jesteś taka piękna!" i stąd jej imię.
Bożenka rosła sobie zdrowo, zaczęła wysypywać się z kartonu, sikania do kuwety nie do końca się nauczyła, przeszła odrobaczenia, szczepienia, sterylizację jako młoda dama i zadomowiła się na stałe w naszym domu. Pewnie można powiedzieć, że kto ma jednego kota, ten nie zna kotów w ogóle, i to powiedzenie sprawdziło się w moim przypadku. Bożenka jest zupełnie inna od kotka Raviczka, a zapewne jeszcze wiele kocich charakterów przede mną. Marzy mi się kot- przytulak, który strzela baranki, no ale nie tym razem :) 
Bożenka urodziła się w połowie sierpnia 2014, więc już ma skończone 2 lata i jej koci charakter się ukształtował. Lubi jeść, ale to nic niezwykłego, jeśli chodzi o koty. Nie lubi specjalnie wskakiwać nigdzie wysoko, bo ma krótkie nóżki, małe to i niewywrotne.
Często jej powtarzam, że jej uroda to jedyny powód, dla którego jeszcze u nas mieszka, bo ani to specjalnie miłe, ani mądre, a już na pewno nie kulturalne. Bożena okazuje miłość do człowieka tylko wtedy, kiedy czegoś chce, i nie jest zbyt wylewna. Ociera się o nogi, ale potem ostentacyjnie idzie się otrzeć o drzwi, żeby pokazać, że phii, nie wyobrażaj sobie, że darzę cię jakimś specjalnym uczuciem.
Gdy pogłaszczesz Bożenkę, to ona nie zaczyna mruczeć, tylko robi minę: A kiedy ja ci pozwoliłam dotknąć moją piękną, kocią osobę? , po czym ostentacyjnie wylizuje pogłaskaną część.
Człowiek się przyzwyczaja nawet do takiej małej, bezużytecznej i bezcelowo żyjącej kociej istoty i czuję się dziwnie, gdy nikt nie łapie moich nóg, gdy kładę się do łóżka i nie zdążę ich schować pod kołdrę. Nie powiem, że brakowałoby mi podgryzania mnie w ścięgno Achillesa, gdy chodzę po domu bez skarpetek, a już na pewno by mi nie brakowało sprzątania sików zza kanapy, ale darzę tą małą, szarą istotkę istotnym sentymentem, a może nawet sympatią. W końcu gdyby nie ona, to z kogo byśmy się codziennie śmieli?

Bożenko, Bożenko, choć tyle masz wad
Bez Ciebie cóż wart, cóż wart byłby świat??

I komu bym robiła tyle zdjęć??



środa, 2 listopada 2016

Wesele cz. 2

Moi drodzy, oto wyczekiwana druga cześć naszej przygody w województwie wielkopolskim. Nie wiedziałam, czy napiszę drugą część, ale pierwsza spotkała się z ciepłym przyjęciem, a Panna Młoda napisała, że czytała z wypiekami i sama nie wie, jak ta historia się skończy!!

Skończyłam na tym, że w przeddzień wesela byłyśmy na biforku, gdzie tłukło się butelki. Księżyc w pełni wschodził nad Tarnówką, kiedy pojechałyśmy do naszego ośrodka i zakończyłyśmy ten dzień, pełen wrażeń.
Drugiego dnia, po śniadanku w towarzystwie dzików, pojechałyśmy na zwiedzanie okolicy. Przeszłyśmy się po centrum miasta, trafiłyśmy do sklepu obuwniczego, gdzie sprzedawano głównie kalosze, oraz do zaskakująco miło wyposażonej drogerii, w której zaopatrzyłam się w kilka kosmetyksów.
Wał Pomorski- Pommernstellumg!
Trochę brakowało nam kawy, a i śniadania nie zjadłyśmy zbyt obfitego, więc udałyśmy się w kierunku polecanego na Trip Advisor miejsca, gdzie Magda Gessler przeprowadziła swoje "Kuchenne Rewolucje", czyli do restauracji Folklor. Zjadłyśmy tam pyszne i wielkie naleśniki (naleśniki ze szpinakiem i kurczakiem Kociej Matki były bosskie, tak samo jak świeżo wyciskany sok z jabłek), oraz podziwiałyśmy uroczy, rustykalny wystrój wnętrz. Jeśli ktoś będzie w okolicy, to nie szukajcie na darmo tego Makdonalda!
Najadłyśmy się bardzo bardzo, nawet trochę za bardzo. Wróciłyśmy do dzików i postanowiłyśmy pójść na "krótki spacerek dookoła jeziora", żeby to rozejść. Poszłyśmy leśną ścieżką, przeszłyśmy koło plaży, gdzie pan w towarzystwie jamnika Grosika rzucał nożem do drzewa (raz mu się nawet udało), pogoda była piękna, słonecznie, szłyśmy sobie i rozmawiałyśmy. Jezioro w Jastrowiu wygląda mniej więcej jak wieloryb, a na mapie wydawało się, że obie płetwy tego wieloryba są oddzielnie i można między nimi przejść. Nic bardziej mylnego, zamiast wracać do ośrodka, cały czas się od niego oddalałyśmy, co można było wyczytać ze słońca, cieni oraz ruchu mrówek (pamiętajcie, jeśli zgubicie się w zimę w lesie, to trzeba rozgrzebać mrowisko i się w nim położyć! Tak mówi nasza inna koleżanka, jeśli akurat nikogo nie klinczuje). Tak naprawdę, nie wyczytywałyśmy tego z ruchu cieni, tylko z nawigacji w smartfonie. Dopóki szłyśmy szeroką drogą, nie było powodów do niepokoju, ale gdy zaczęłyśmy się przedzierać jakąś dziką ścieżką przez krzaki, a z krzaków wyskoczyła sarna, za którą Kocia Matka wołała - Nie bój się! Ciocie nie jedzą sarenek!, stwierdziłam, że już chyba nie jesteśmy w Kansas. Anymore. Ślub miał być na 17, było już po 14, my byłyśmy w lesie (dosłownie) i nie wiadomo było, kiedy i jak wrócimy. Dodam tylko, że wcześniej zjadłyśmy dużo, nawet dużo za dużo, co trochę utrudniało chodzenie. W którymś momencie stwierdziłyśmy, że jak podniesie się ręce nad głowę, to żołądek trochę mniej ciąży, więc tak szłyśmy przez te krzaki, z rękoma nad głową. To nie jest ani trochę dziwne.
Kiedy już byłam bliska rozpaczy, na ścieżce zauważyłyśmy ogara polskiego, a kawałek dalej pana, który wołał- Elza, Elza do nogi! Zapytałam się pana, gdzie jesteśmy, on się zapytał, gdzie chcemy być, a jak powiedziałam, że chcemy być w ośrodku Leśnik, to pokazał nam drogę. Jeszcze tylko jakieś pół godziny marszu i powitały nas dziki. Oczywiście Kocia potem mówiła, że taki spacer to żaden spacer, ale ja byłam w szoku, że dałam radę przejść taki kawał i ani razu nie płakałam, że chcę do domu.
Niestety nie miałyśmy czasu na drzemkę, ani na nic, tylko musiałyśmy szybko się wyszykować na wesele, więc ja założyłam mój strój, w których byłam już wcześniej w tym roku na dwóch weselach (eee to znaczy pewnie nie powinnam tego mówić, więc to był strój nówka sztuka nieśmigana), Kocia Matka założyła swoją, dopracowaną w każdym detalu, stylizację (było tyle zwrotek i przymiarek, że kurierzy z Zalando chyba już ją mają na czarnej liście), uczesałyśmy się, czyli dokładniej ja zakręciłam sobie ptasie gniazdo na głowie lokówką, a potem utrwaliłam lakierem, umalowałyśmy i poleciałyśmy.
Ślub był w uroczym, małym kościółku, ceremonia zakończyła się sukcesem, ksiądz mówił całkiem sensowne kazanie, wiecie, nic z tych rzeczy "w waszym małżeństwie najważniejszy jest Bóg, a wy to w sumie nie wiadomo, po co tam jesteście, no ale oglądajcie Telewizję Trwam, a jak będzie jakiś problem, to idźcie się pomodlić".
Potem jeszcze ksiądz zaproponował nowożeńcom, że skoro mąż może żonę całować wszędzie, gdzie chce (tu chwila konsternacji, bo nie bardzo było wiadomo, co ksiądz ma na myśli), to może ją pocałować w... w kościele ! To pan młody pocałował pannę młodą w kościół... to znaczy w usta. 
Rozpoczęła się zabawa weselna na sali, najpierw jedzenie, potem picie, potem tany tany, potem znów powtarzamy całą procedurę i tak bliżej nieokreśloną liczbę razy, nie będę się nad tym rozpisywać, bo każdy wie, jak to na weselu bywa, piosenki biesiadne, gry, zabawy, harce i swawole.
Nadszedł moment oczepin i nawet udało mi się złapać welon, więc szczęście me nie miało granic, Kocia Matka stwierdziła, że ona by nie chciała welonu łapać. Ja już raz złapałam bukiet, raz welon, ale to i tak nic specjalnego do mojego życia nie wniosło, whatever! Tort, po torcie, co to jest za dziewczyna, niech ktoś odpowie mi, co ciało swe wygina Miód Malina! W górę serca, w górę czary, pijmy zdrowie młodej pary! Kocia Matka wpisała się wierszem do księgi pamiątkowej, ja wpisałam wierszyk, przed salą weselną siedział biało- czarny kot z jakimś śmiesznym imieniem, coś chyba w stylu Parchatek (rak płaskonabłonkowy małżowin usznych albo stadium przednowotworowe), wujek Roman, specjalista od miejscowej kiełbasy, prosił po kolei wszystkie dziewczyny do tańca i opowiadał, jak to po piątkowym biforku o 4 rano chciał już iść do domu, ale zaklinował się w krzesełku i poszedł z krzesłem na plecach do domu... W końcu czas było wracać, dojechaliśmy do naszego ośrodka, a do pokoju wpakował nam się świadek i stwierdził, że śpi z nami, bo nie miał klucza do swojego pokoju- nie ma problemu, bo i tak miałyśmy wolne łóżko. 

Przydługawa ta historia się robi, więc skracając: następnego dnia poprawiny, pożegnanie i wracamy do Warszawy. Kocia Matka twardo prowadzi samochód, zjechałyśmy do McDonalda przy A2, byłyśmy chyba (na pewno) najlepiej ubranymi osobami w Makusiu, zjadłyśmy i ja miałam prowadzić już do Warszawy. Jechałam dopiero 10 minut, gdy na szosie ruch się zagęścił, ktoś się wcisnął na nasz pas, ktoś przyhamował, ja usłyszałam tylko pisk Kociej Matki- IWONKAA UWAŻAJ ŁIIIIIIII!!! Bum, trzask i zapadła ciemność. Gdy otworzyłam oczy, nasz samochód wąchał dupę innego samochoda, a za nami kolejne samochody miały odpowiednio tył i przód skasowane. Nam pękł jakiś plasticzek, samochodowi przed nami pękł też plasticzek i na tym się skończyło, całe szczęście. Zdaje się, że to była wina pierwszego samochodu, bo się niepotrzebnie wciskał, ale kto komu w dupę wjedzie, temu musztarda po obiedzie, czy jak to mówi Księga Ulicy. Po tym incydencie zrezygnowałam z kierowania samochodem i do Warszawy dojechałyśmy już bez żadnych przeszkód.

Na tym kończę opis naszych weselnych przygód, pozdrawiam Młodą Parę, niech Wam Bóg w tłustych dzieciach wynagrodzi! A dżemik był bardzo dobry, zjadłam już oba słoiki, swój i Tyśki :3
Bardzo miło jest się wyrwać za miasto na weekend na wesele, taki chill out, trochę zwiedzania, trochę zobaczenia czegoś nowego, np. nowe stado dzików... Hi hi!
chwila zadumy w przebieralni nad jeziorem







czwartek, 27 października 2016

Wesele... cz.1

W piękny wrześniowy weekend, na zakończenie mojego urlopu, wybrałyśmy się z Kocią Matką aka Tyśką na wesele jej znajomego, do miejscowości pod Piłą. Kocia Matka przyjechała do mnie w czwartek wieczorem, zjadłyśmy smaczną kolacyjkę, zrobiłam jej krwisto- czerwone hybrydy na paznokciach i poszłyśmy spać z kotem. Kwintesencja staropanieństwa.
Rano zjadłyśmy równie pyszne śniadanko, z dżemem z kumkwata, i ruszyłyśmy w podróż samochodowo- autostradową. Grało radio, słońce świeciło, kilometry mijały, a my marzyłyśmy o postoju w McDonaldzie i jakimś McWrapiczku. Mijają kilometry, a Makusia nie ma. Mijamy Toruń, Makusia nie ma. Minęłyśmy Bydzię, Makusia niet. Już łzy w oczach, żołądki przy kręgosłupie. W końcu zostałyśmy zmuszone do postoju na stacji benzynowej, gdzie serwowano mniej więcej dewolaja, schabowego, sałatkę i placki ziemniaczane. Kocia Matka zjadła sałatkę, ja placki ziemniaczane i ruszyłyśmy dalej. Krajobraz coraz bardziej malowniczy, kręte drogi i pagórki, zieleń przetykana już złotymi liśćmi, złote popołudniowe słońce. Z radia leci akurat Michał Bajor "Moja miłość największa". Mówię Kociej Matce, że lepiej prowadzi samochód, niż śpiewa. Kocia Matka sugeruje, że lepiej się jedzie samochodem, niż idzie na piechotę.
Dojechałyśmy do skrzyżowania, gdzie można było jechać albo do Jastrowia, albo do Więcborka. Ha, Więcbork, coś mi to mówi... Kiedyś tam już byłam i na pewno tam nie wrócę!
W końcu dojechałyśmy do miasta Jastrowie, które zasłynęło np. tym, że w XVIIIw. odbyło się tu wiele procesów czarownic, a w XXIw. przyjechała tu Magda Gessler. Niestety kilka wieków za późno...
Ośrodek Leśnik oferował zakwaterowanie w pawilonach nad jeziorem, za małą dopłatą można było mieć pokój z łazienką, z czego skwapliwie skorzystałyśmy. Widok malowniczy, las, za domkiem zejście do jeziora, plaża, pomost, świeże powietrze. Rozpakowywałyśmy się właśnie, gdy do naszych uszu dobiegł niepokojący dźwięk. ŁiIIIIIiiii łiiiiiiii  ŁIIIII chrrrrr chrrrrrrrrr...
-COOOOO??- wrzasnęła Kocia Matka- Oni tu mają dziki!!??
Otworzyłam drzwi i omal nie padłam, powalona potężną falą - Taaak... I chyba właśnie im sprzątają...

Na piątek wieczorem był zaplanowany biforek wesela, czyli miejscowy zwyczaj "Polter". Polter polega na poczęstunku i popijawie, na której tłucze się butelki, szkło, inną ceramikę oraz sprzęty, na specjalnie przygotowanym kamieniu przed domem panny młodej. My, jako osoby nieobeznane z tradycją, zorganizowałyśmy sobie tylko po butelce po soczku, ale miejscowi przynosili całe kartony butelek, a ktoś opowiadał, że kiedyś na polter ktoś przyniósł nawet stary telewizor...
Biesiada trwała w najlepsze, a ponieważ impreza była otwarta i nie było selekcji na wejściu, to pojawił się też miejscowy super- alko men, czyli pan Zenek (chyba). Super alko men miał w porywach 5 zębów, kapelusz w stylu pijana panama, oraz zdanie na każdy temat. Wychwycił, że są podobno goście ze stolycy i zaczął nas wypytywać o realia życia w Warszawie. Kocia Matka mu powiedziała, że w Warszawie zarabia się 15 zł/h (czy inna kwota, ale podobna), na co pan Zenek, grzebiąc sobie paluchem w rozporku, zawyrokował - Cooo? Eeee idź ty! To ja jaj nie mam, jak ty jesteś z Warszawy! Taka tam warszawianka! To ja bym cię do worka zapakował i na targu w Poznaniu za więcej sprzedał, jako świnię!! Hahahaha!!
świnka i dzik

W następnej części min.: o tym, jak ogar Elza nas uratował, o wujku Romanie, który się zaklinował w krzesełku oraz o moim sukcesie na weselu. Część druga może nastąpi.


sobota, 1 października 2016

Korfu cz.2- Eternal silence of the sea...

Słońce przypieka, morze błyszczy i faluje kusząco, jak w piosence o cykadach na Cykladach- Morze i niebo ostro lśni, dobrze mi tak, jak dobrze mi...  Zakładam płetwy, maskę i kaczym krokiem wchodzę tyłem do wody, żeby nie potknąć się na plaży. Woda jest ciepła i słona jak krew, błękitna i przejrzysta, widzę dno w miejscu, gdzie kończy się kamienista plaża i zaczyna jasna, piaszczysta płaszczyzna. Zanurzam się pod wodę i w uszy wciska mi się świdrująca morska cisza, gdzieś z oddali przebija się plusk i szum wody. Cały świat jest cichy, falujący i błękitny, tracę orientację, nie wiem, gdzie jest brzeg, widzę tylko przemykające co jakiś czas ryby.
 Czuję się zahipnotyzowana tym cichym, obcym światem, do którego mogę zajrzeć na kilka chwil. Pływam wzdłuż plaży, aż w końcu wypływam na brzeg. Przez chwilę nie mogę się podnieść, bo płetwy utrudniają ruchy i znów czuję ciężar swojego ciała, które wcześniej unosiło się swobodnie w morzu. Jestem jak syrena wyrzucona na ląd. Słońce wysusza sól na mojej skórze, czas zdjąć płetwy, wstać i pożegnać odwiecznie milczące morze.


Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda! Postanowiłyśmy wybrać się na wycieczkę do Sidari, więc stawiłyśmy się na przystanku, z którego miał odjechać autobus. Zeszłyśmy na dół naszej wioski, do głównej drogi, a tam ani autobusu, ani przystanku, jedyny punkt orientacyjny, jaki udało się nam znaleźć, to piekarnia, bo coś pachniało bułkami, a nasz gospodarz powiedział nam, że to koło piekarni. Rysunek poglądowy:

Przystanek jest tam, gdzie kółeczko, a rozkład jazdy pokazuje strzałka. To jest Grecja, to jest Logika! Niestety skasowałam zdjęcie rozkładu jazdy, ale autobus i tak nie pojawił się o żadnej wymienionej godzinie, przyjechał za późno (albo za wcześnie, jak kto uważa). Zapakowałyśmy się i ruszyłyśmy w podróż. Wszędzie rosną cyprysy, pomocnik kierowcy usadza ludzi jak sardynki w autokarze, piękne niebo, piękne morze, piękne widoki, autobus kiwa się to na lewo, to na prawo, wszędzie cyprysy, piękne no piękne (tak, powtórzę to jeszcze nieraz).

Zdjęcia są z google earth, bo niestety z środkowego siedzenia na tyle autokaru nie dało się za bardzo fotografować, a szkoda. Generalnie miałam wrażenie, że zaraz komuś pozdejmujemy kwiatki z parapetu.

Sidari nas nie zachwyciło, ale przynajmniej obejrzałyśmy całą północną część wyspy, jak to ładnie określiła Beata, "trawersując zbocza Pantokratora". Piękne widoki, piękne panoramy i ... wszędzie cyprysy!

http://tarasdragon.blogspot.com/







środa, 14 września 2016

Opa, opa!

Późnym rankiem stoimy na przystanku w Kato Korakiana na Korfu i czekamy na autobus. Wcześniej zjadłyśmy śniadanie, składające się głównie z jogurtu, a potem szłyśmy jakieś 10 minut ulicą w dół, żeby dojść do szosy. Po drodze mijałyśmy pojedyncze domy, stojącą na poboczu bez celu lodówkę, drzewa oliwkowe i zarośla oraz figowce, pod którymi fermentowały opadłe owoce. Powietrze pachniało miodem, lekko żywicą i stęchlizną, po wczorajszym deszczu.

Autobus przyjechał szybciej, niż się spodziewałyśmy i nie zdążyłyśmy kupić biletu w automacie. Wsiadamy i chcemy kupić u kierowcy- Yes, you can buy ticket, but it's more expensive! Kupiłyśmy i idziemy na tył autobusu, jak kazał kierowca. Tłok niemiłosierny, gorąco i zaduch, choć na zewnątrz wcale nie było upału. Stoimy w przejściu, trzymając się poręczy, a autobus zatrzymuje się na kolejnych przystankach i kolejne fale ludzi się w nim upychają. Widać różne, ogólnie europejskie rysy, słychać niemiecki, angielski, polski. Pani, siedząca na ostatnich siedzeniach, mówi do swojego wydziaranego i wysznytowanego faceta w klapkach kubota (dzięki Zeusowi bez skarpet)- Patrz, to już trzeci sklep z futrami, jaki mijamy! Ciekawe, czy ta sugestia zadziała na jej towarzysza. Muszę odstawić torbę na podłogę autobusu, bo po 20 minutach podróży już ciąży mi torba z lustrzanką, Wreszcie autobus dojeżdża do Kerkyry i zagłębia się w labirynt ciasnych uliczek, zastawionych jadącymi i zaparkowanymi samochodami. Jadące powinny być na środku drogi, a zaparkowane na poboczu, ale to nie jest takie oczywiste w Grecji. Jak se jedziesz, tak se jedziesz, a jak se staniesz, tak se staniesz- to naszym zdaniem taka grecka filozofia. No, w końcu filozofia pochodzi z Grecji, więc Grecy na pewno mają w tym największe doświadczenie!
Na ostatnim przystanku drzwi się otwierają i ludzie się wysypują z tej sauny na kółkach. Wreszcie możemy odetchnąć głęboko i ruszamy na podbój stolicy Korfu...


Po tym fabularnym wstępie przechodzę do bardziej rzeczowego opisu naszej Wielkiej Greckiej Wycieczki (w skrócie WGW, dobrze, że nie HGW xD). Ostatecznie urlop udało mi się dostać tydzień przed terminem planowanej wycieczki i oczywiście jeszcze tydzień wcześniej nie miałyśmy nic załatwionego. W sobotę wieczorem spotkałyśmy się i zarezerwowałyśmy wycieczkę przez internet, a wylot był we wtorek o 4 rano. Korfu powitało nas niezbyt ciekawą pogodą, a konkretnie lało. Na domiar złego nie znalazłyśmy naszej rezydentki, ale całe szczęście Beata dowiedziała się, który bus jedzie do naszego hotelu. Dopiero w busie spotkałyśmy naszą rezydentkę, która nie wiedziała ani kim jesteśmy, ani skąd się tam wzięłyśmy xD W drodze do naszego hotelu mieliśmy postój 20 minut, bo bus zderzył się z jeepem. Gorzej już nie mogło być... Hmm, mogłoby jednak być. Gorzej by było tylko wtedy, gdyby w busie puszczali grecką muzykę...


Na dziś to tyle, bo muszę jeszcze się spakować na wyjazd na wesele w Pile. Będzie Piła Tango !

czwartek, 1 września 2016

Sierpniowa (wrześniowa) aktualizacja

Od miesiąca nie pisałam i przyznam, że kompletnie nie wiem, kiedy ten miesiąc minął. Najpierw miałam zakwasy po weselu, potem zakwasy po koniach, potem trochę chodzenia po lekarzach, teraz kaszel i katar... Czas szybko leci i trudno się w tym połapać, lato mija, a ja dalej blada jak córka młynarza... No ale może Grecja mnie poratuje, a teraz wypada coś napisać o mijającym miesiącu.
To lecimy vlogersko: ulubieńcy minionego miesiąca!

1. Grey's Anatomy. Mam "love/ hate relationship" z tym serialem, ale ostatnio udało mi się ukończyć 12. sezon, jak zwykle było dużo absurdalnych zwrotów akcji i bezsensownych pogaduch przy stole operacyjnym, ale ogólnie może być.

2. Hybrydy, hybrydy. Chyba trochę przesadzam z hybrydami, bo ostatnio paznokcie mi się łamią pod hybrydami, ale co ja na to poradzę, kocham mieć hybrydy na paznokciach! Najwyżej będę nosić krótsze paznokcie. Moje najnowsze złapane pokemony to Siren i Intense Red.

3. Makijaż i kosmetyki w ogóle, z okazji wesel zwiększyłam swoje zainteresowanie kosmetykami, kupiłam sobie jeszcze jedną paletkę cieni, pędzle i trenuję na sobie smokey eye, trudno powiedzieć, z jakim skutkiem. Ostatnio w pracy miałyśmy sesję zdjęciową z wizażystką, więc trochę to naprostowało moje spojrzenie na makijaż moich oczu, naprowadziło mnie na trop, że lepiej sobie wyciągać oko cieniami, niż pakować tylko cienie w załamanie powieki, którego i tak nie widać. Zakupiłam dwie paletki Zoevy (Naturally Yours i Cocoa Blend) z których jestem bardzo zadowolona.

4. Urlop. Wreszcie zbliża się urlop i już zaczynam się denerwować, że nie znajdziemy żadnej fajnej oferty do Grecji itd, ale doświadczenie pokazuje, że jak by się człowiek nie denerwował, to i tak w końcu się wszystko dobrze ułoży- zazwyczaj ;)

5. Ubrania- nie byłam nigdy fanką chodzenia po sklepach, a teraz dodatkowo mam na to mało czasu, więc stałam się miłośniczką zakupów przez internet, ostatnio zakupiłam buciki Crocksa Sexi Flip w panterkę i spódnicę długą z rozporkiem (rozporek "chodź pan za mną", jak powiedziała moja mama). Buciki i spódnica ładnie się razem prezentują, wygodne to i modne!

6. Wianki! Wiadomo, że wianek mi się tak należy, jak świni siodło, ale zainspirowały mnie zdjęcia tradycyjnych, ukraińskich nakryć głowy, czyli monstrualne, teatralne, cerkiewno- bizantyjskie wianki <3
Zapragnęłam sobie taki skonstruować i jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Niestety miałam problemy ze zrobieniem samej sobie zdjęć, więc mój zamysł artystyczny udał się tylko w połowie. I jeszcze dalej jestem blada jak córka młynarza! :(

7. Zdjęcia!

Zdjęcia takie piękne, tak kocham je robić! Tylko szkoda, że mi nie ma kto robić, no oprócz tej sesji w pracy. Może zrobię sobie fotoksiążkę z moimi zdjęciami, to będzie prawie, jakbym wydała swój własny album. Yhymmm.

A kiedyś pisałam (wtedy jeszcze pisałyśmy) tylko o depresji i szukaniu pracy. A teraz świat taki dobry. A może tabletki takie dobre? xD



wtorek, 19 lipca 2016

Być sobą

Czy zastanawiacie się, co to znaczy- być sobą? Dla mnie to znaczy żyć po swojemu, żyć tak, żeby samemu być zadowolonym, nie robić nic, żeby zaimponować komuś innemu, albo żeby zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Trudno jest do tego dojrzeć.
Może to kwestia braku pewności siebie, niskiego poczucia swojej wartości, a może pewnej niedojrzałości? Gdy byłam młodsza, łatwiej ulegałam wpływom, potrzeba przynależności była silniejsza, chciałam się z kimś identyfikować, ubierać podobnie, robić te same rzeczy. Upodabnianie się do grupy odczuwałam jako swoją tożsamość.
Naszło mnie na jakieś takie pogawędki, może nie będzie to najdłuższa, ani najciekawsza notka, ale chciałabym to gdzieś umieścić.
W przeszłości nagminnie (nag- min-nie) próbowałam się upodobnić do kogoś, mimikrować czyjeś zachowanie. Nie wiem, czy jest taki czasownik, trudno. Próbowałam słuchać takiej samej muzyki, jak chłopak, który mi się podobał, obojętne, czy było to Cradle of Filth, czy Pokahontaz. gdy chłopak, który mi się podobał, miał dziewczynę blondynkę, to się zastanawiałam, czy nie przefarbować się na blond. Teraz widzę, że nie miało to żadnych szans, bo jak mogłabym przyciągnąć czyjąś uwagę, słuchając np. The Sins of Thy Beloved, tak samo, jak obiekt westchnień? On powie, że słucha tego i tego, ja wtedy- JA TEŻ, JA TEŻ! , zapytałby się mnie, czy mam jakąś płytę i tyle, wyjątkowo długa i owocna konwersacja. A znasz runy tengwar? Haha.
Grupa, czy środowisko, w którym się obracamy, przypina nam metkę, ja na studiach czasem zachowywałam się jak śmieszka, żartująca z kutasów i "latająca na skrzydłach jajników" (Tysia, pamiętasz? ;)) A przecież to nie jestem cała ja, ja taka nie jestem, chcę bliskości.
Czy nie tracimy czegoś, oszukując samych siebie, udając kogoś, kim nie jesteśmy? Trudne pytanie, przez wszystko trzeba przejść. Pamiętam czasy gimnazjum, kiedy koniecznie trzeba było się upodobnić do grupy, mieć taką samą bluzkę, takie same buty czy coś. Potem przyszło liceum, kiedy znów trzeba było mieć taką samą, czarną bluzkę, takie same glany i wtedy wydawało mi się, że czuję się sobą.
A teraz? Czuję się sobą, chcę i staram się tak czuć. Ubieram się, jak chcę, zakładam to, co mi się podoba, co jest modne i co mi pasuje, nie myślę o tym, czy to nosi jakaś koleżanka, która mi imponuje. Nie chcę wyglądać jak dziewczyna, na którą chyba spojrzał chłopak, który mi się spodobał. Tylko czy nic nie przeoczyłam, śmiejąc się i udając kogoś innego?


środa, 6 lipca 2016

Dalsza część pokarmów ze Szwecji

I cóż, że ze Szwecji?

Zacznę od napitków. Picie w Szwecji jest bardzo drogie, aż strach pomyśleć, co muszą robić szwedzcy alkoholicy- fińscy mają łatwiej, bo można promem do Tallina do AlkoBiedronki. Przynajmniej, jak się mieszka w Helsinkach. Czy jakoś tak...

Pierwszym napitkiem jest cydr za 60 SEK (tak!), ale cenę może usprawiedliwiać miejsce, gdze go piłyśmy, a mianowicie były to ławeczki nad morzem na Sodermalm, koło hotelu Hilton. Z ławeczek roztaczał się absolutnie bezcenny widok na zachód słońca i w sumie mogłabym nawet pić wodę za 60 SEK, żeby taki widok móc podziwiać. No dobra, mogłabym go też podziwiać o suchym pysku, ale wiadomo, o co chodzi...
Biała noc
Można rozerwać sobie gębę ze szczęścia, czyż nie?
for everything else- there is MasterCard
Piwo Falcon, czyli typowe szwedzkie piwo, kosztowało w knajpie 39 koron, o ile dobrze zrozumiałam, to po którejś godzinie wieczorem ceny są wyższe. Oczywiście ja kupowałam to piwo już po tej godzinie, bo było koło północy, w pubie, którego nie mogłyśmy znaleźć, ze szwedzko- włoskimi znajomymi koleżanki, z którymi nie mogłyśmy się najpierw spotkać... ;)
Szwedzka specjalność to kannebulle, czyli drożdżowe bułeczki z cynamonem. Oczywiście przy niewielkim nakładzie pracy można takie bułeczki upiec samemu w Polsce i zapłacić o wiele mniej. Można też kupić mrożone w Ikei, upiec i nadal będzie taniej, ale już się umawialiśmy, że o cenach w Szwecji nie dyskutujemy. Bułeczkę kupiłam wieczorem tego samego dnia w Pressbyranie (A z kółeczkiem!) przy stacji metra Slussen. Pewnie leżała tam już kilka godzin, więc nie była super świeża, ale była dobra, posypana cukrem i z cynamonowym nadzieniem. Jedzenie bułeczek urozmaicił nam pan, kłócący się z ochroniarzami, którzy go wywalali z metra, a on cały czas wracał, a jak go wywalili po raz kolejny, to zaczął na nich kląć w idealnej polszczyźnie, aż bałam się do Oli po polsku mówić, żeby nie usłyszał :P
Właśnie, będąc w temacie metra poświęcę kilka słów na metro, infrastrukturę i architekturę Sztokholmu. 
O Morby już pisałam, stare miasto jest oczywiście piękne, ale centrum Sztokholmu wywarło na mnie średnie wrażenie. Jeśli się przyjrzeć dokładnie, to widać, że bardzo wiele budynków pochodzi z poprzedniego wieku, w stylu lat 70, 80, coś w stylu Rotundy i starego Universalu w centrum Warszawy. Miałam wrażenie, że to miasto było zawsze bogate, dlatego mają dużo budynków z zeszłego wieku, których u nas nie budowano aż tyle, bo była bida, i dlatego paradoksalnie wygląda to brzydko i staro. Metro w Sztokholmie oczywiście jest dużo większe od naszego, ale sprawia dużo gorsze wrażenie. Stacja Slussen została otwarta chyba w 1978 roku, a więc jej wystrój ma 38 lat i nie ma możliwości, żeby teraz wyglądał ładnie. Pierwsze kroki w Sztokholmie zrobiłam na dworcu T- centralen, najpierw szłyśmy piękną halą, potem pięknymi korytarzami, potem kolejną piękną halą, drzwi obrotowe, schody ruchome...
A potem zjechałyśmy na peron metra i tam poczułam się jak na Dworcu Centralnym, taki sam wystrój i zapach, z tą różnicą, że w Warszawie na dworcu nie ma tylu imigrantów! W Sztokholmie są niesamowite ilości kolorowych ludzi, zwłaszcza w centrum, w metrze itd. Na oko bym szacowała, że to jakieś 30- 40 % ludności, przynajmniej tej ludności, którą widziałam.
w tle hala Globe 
Na razie na tym kończę, nie wiem, czy będzie więcej notek ze Szwecji, bo wyjazd coraz bardziej osuwa się w przeszłość. Ogólnie czerwiec był dla mnie pracowitym miesiącem, wyjazd na działkę, Szwecja, na początku lipca wesele i szykowanie się do niego (dobrze, że sukienka z Mosquito pasuje!), teraz za tydzień mam kolejne wesele, do tego praca, a urlopu na razie nie widać. No ale nie narzekam, bo nie wie nikt, co się może stać, nie wie nikt, co się jeszcze zdarzy...






środa, 29 czerwca 2016

Szwedzkie słodycze

taki Dalahast by kosztował milion złotych koron
Szwedzkie słodycze i nie tylko, czyli co warto kupić w Szwecji. Oczywiście oprócz Dalahasta, bo jest za drogi.
Zacznę od cen w Szwecji- jeśli chodzi o jedzenie, to dla Polaka jest drogie i nie ma sensu przy zakupie przeliczać tego na złotówki. Oto kilka przykładów- szwedzka korona (SEK) jest warta ok. 50 groszy, a ceny są takie:
- duża paczka chipsów- 21 SEK
- kawa w McDonaldzie- 24 SEK
- banany 19 SEK/ kg
- pizza na mieście- 120-180 SEK
- piwo na mieście- 30- 60 SEK
Więcej cen nie pamiętam, bo zgubiłam paragon, ale ogólnie są dwa razy wyższe, niż w PL.

Zacznę od najsłynniejszej szwedzkiej specjalności, czyli od lukrecji. Lukrecja występuje w wielu formach, kształtach i smakach, ja na początek zdecydowałam się na Pingwin Stang, czyli lukrecjowy patyczek z różnym nadzieniem, np. miętowym. 
Jeden patyczek waży 27 gram i kosztuje 4 SEK, można też kupić 3 za 10 SEK. Dostępne smaki to na pewno miętowy, colowy, karmelowy, kokosowy, wieloowocowy itd.

Nie jest to guma do żucia, trudno opisać tego konsystencję, bo w Polsce nie jadłam czegoś podobnego, trochę przypominają żelki, ale nie są tak ciągnące, trudno jest urwać kawałek palcami, bo są gumowate, ale gryzie się łatwo, nie ciągnie się jak krówki czy żelki. Wersja miętowa pachnie lukrecją (opisz zapach lukrecji- trochę anyżkowa, trochę palona, jak kwas chlebowy, trochę jak karmel?), ale w smaku zdecydowanie przebija miętowe nadzienie, podobne jak w czekoladkach After Eight- mocna, mentolowa, chłodząca mięta, słodka. Bardzo smaczne, oceniam wysoko- 9/10!



Inne smaki mają jeszcze mniej wyczuwalną lukrecję, ale dzięki temu jest to lukrecja przyswajalna dla Polaka- bo, jak wiadomo, lukrecja w czystej postaci jest dla Polaków trująca, a przynajmniej niejadalna ;)










Kolejnym zakupem były cukierki z fińskiej lukrecji- jak widać, 99 SEK za 1 kg, a za paczuszkę 31 SEK. Dostępne były różne wersje smakowe, wybrałam taką, bo była kolorowa. Była też np. solona lukrecja, ale na to się nie odważyłam. Tu, podobnie jak w przypadku Pingwina, mamy cukierki o smaku lukrecji z dodatkami, dodatkowo mają różne śmieszne kształty. Mają smaki cytrynowe, truskawkowe, karmelowe, owocowe i różne inne, trudne do odróżnienia. Konsystencja podobna do Pingwina, nie lepią się, nie rozpuszczają, ale trochę mniej smaczne. Smak lukrecji subtelny. Częstowałam innych tymi cukierkami i raczej wszystkim smakowały. Ocena 7/10.









A teraz last, but not least- chipsy koperkowe! Absolutny MUST HAVE w Szwecji, co prawda nie są to słodycze, ale gdybym miała zjeść w Szwecji tylko jedną rzecz, to by były te chipsy. Te akurat kosztowały 21 SEK, ale paczka wielka, 270 gramów, więc starczyły mi na Sztokholm, autobus, samolot i jeszcze zostało kilka okruszków. Grube, porządne chipsy, podobne do Lay's Max, smakują jak młode ziemniaczki z koperkiem, czyli pysznie i cudownie! Chyba najlepsze chipsy, jakie jadłam (a może i nie, ale jak powiem, że najlepsze chipsy jadłam w Sztokholmie, to będzie taki wielki świat i ą ę ;) ) A więc ocena- 10/10!

Zostało mi do opisania jeszcze kilka szwedzkich rzeczy, np. raksalad, KEX, chlebki, kannebulle, Daim, burgery z Maxa (szwedzki McDonald, ale lepszy od Makusia), piwo Falcon, ale to następnym razem.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Scandinavian sleeping & living

Czyli notka o Sztokholmie oraz o skandynawskim stylu życia, oczami entuzjastki Skandynawii, która wczoraj wróciła z pierwszej (!!) podróży w tamte strony.
Jak większość pewnie wie, jestem podróżniczką- teoretyczką, bo lubię czytać czy oglądać filmy o innych krajach, niekoniecznie tam jeżdżąc. Ostatnio często oglądam na YT kanał Globstory (Polecam!), gdzie dziewczyna była w Turcji, w Chinach itd, ale samemu tam bym nie pojechała W ŻYCIU O_o ...
Kilka miesięcy temu moja koleżanka zaproponowała wyjazd do Szwecji na święto Midsommar i stwierdziłam, że to świetna okazja, żeby zobaczyć kawałek tego pięknego kraju. Wyjazd na 4 dni, cena okazyjna, długi dzień, Noc Świętojańska, białe noce w Skandynawii, coś cuuudownego! No to poleciałyśmy.
Podróżowanie do Szwecji samolotem jest śmieszne, bo lot trwa krótko (godzinę), ale cała podróż zajmuje cały dzień. !,5h podróży do Modlina komunikacją, potem czekanie na lotnisku, bo samolot się opóźnia, potem 1h lotu, znów czekanie na lotnisku, jazda autokarem ze Skavsta do Sztkoholmu- 1,5h, a potem już tylko metro, kawałek na piechotę i jesteśmy w naszej kwaterze. O kwaterze nie będę dużo pisać, bo był to zagracony dom starszego Szweda- zbieracza, bardo tanie pokoje, ale jakość adekwatna do ceny. Tym niemniej jeśli ktoś byłby zainteresowany pokojem dla 2 osób na 3 noce za 670 SEK, to mogę dać namiary :P. Plusem było połozenie, w dzielnicy Mörby, która jest prześliczną, podmiejską okolicą z domkami jednorodzinnymi, z kotkami, wiewiórkami, liskami i zajączkami (serio, wszystko to widziałyśmy).


Podstawowe cechy szwedzkich domków, które można tam obserwować, to: skromne domy bez żadnych fikuśności (bez kolumn, balustrad, balkonów, przybudówek ę ą, jak w Polsce), dużo drewna, okna bez firanek, prawie bez ogrodzeń, a jeśli ogrodzenia są, to niskie albo żywopłoty, ogródki, trawniki wypielęgnowane, ale utrzymane w stylu naturalnym, dużo naturalnych roślin w stylu dzikiego bzu, jaśminu, dzikiej róży, przecudowne małe jabłonki, kępy margerytek, kocimiętki, bodziszków. No i oczywiście Volvo na podjeździe. Na miejskich klombach rosły trochę bardziej "reprezentacyjne" kwiatki, ale poprzetykane zbożem. Czy to nie jest cudowne? CU DO WNE!

Lato to chyba najlepszy czas, żeby odwiedzić Skandynawię po raz pierwszy, bo dzień jest długi, jest ciepło i można nacieszyć się wszystkim, co najpiękniejsze w Skandynawii, oprócz śniegu i zorzy polarnej, ale trudno. Czuć klimat, jak z powieści Astrid Lindgren, trochę jak wakacje na wsi (trochę, bo jesteśmy cały czas w mieście), można zobaczyć obchody Midsommar- zdecydowanie polecam wizytę w Skansenie w dniu Midsommarafton, czyli 23 czerwca. Ludzie robią wianki, wszyscy noszą wianki, czy to kobiety, czy mężczyźni, tańczą dookoła majstång , śpiewają piosenki, mają rodzinne pikniki, chodzą w ludowych strojach itd.




To na razie tyle relacji ze Szwecji, wrócę z resztą opowieści i zdjęć, jak będę miała trochę czasu ! :)
A na razie posłuchajmy sobie piosenki Sma Grodorna!

piątek, 13 maja 2016

Wyznania skromnej zakupoholiczki

Wiosna pobudziła nieco próżną stronę mojej natury, więc zaszalałam z zakupami. Czy jest to chwalenie się, czy nie- chyba raczej nie chwalenie, bo pochwalić się można butami od Kanye Westa albo kremem z Bobbi Brown, a nie takimi skromnymi gadżecikami. Tak czy owak, sprawiły mi one ostatnio trochę przyjemności, są zakupy bardziej i mniej udane, więc jeśli chcecie się dowiedzieć, czemu mogę wyglądać jak panda albo James Hetfield z Metalliki, to zapraszam do czytania.

Na pierwszy ogień zakupowy poszły spodnie, bo jak wiadomo, spodni nigdy nie ma się za dużo, zwłaszcza, że część zawsze ma kwarantannę w praniu. Pojechałam do Factory w Ursusie i kupiłam sobie spodnie za 80 zł, minimalnie są za duże, więc muszę je nosić z paskiem, ale Big Star za 80 zł, spoko może być. Jakby kogoś interesowało, to spodnie nazywają się Charlotte, teraz spodnie mają imiona, no co w tym dziwnego.
Tego samego, udanego dnia udałam się do Auchan i tam zakupiłam, kuszący mnie od dawna, szampon Ogx z mleczkiem kokosowym. Oczywiście szampon kusił mnie za sprawą filmików na YT, trochę kosztował, bo 30 zł, ale ma 380 ml, więc można jakoś tą cenę zrozumieć. Jeśli kogoś interesują moje wrażenia z używania tego szamponu, to powiem, że szampon jak szampon, ładnie pachnie, krzywdy nie robi, ale włosów Bachledy- Curuś (kuźwa jak się pisze jej nazwisko) też mi nie zrobił.
Ostatnim przystankiem tego dnia była hurtownia z lakierami do paznokci, gdzie kupiłam na wiosnę lakier Semilac w kolorze Tutti Frutti i wreszcie udało mi się upolować przezroczyste Invisibobble ^^ czyli gumki do włosów w kształcie kabla od telefonu (niedługo już nikt nie będzie pamiętał, co to był kabel od telefonu :( )
Moja koleżanka ma taką słuchawkę, podłączaną do komórki, słodkie. Może Apple wymyśli aplikację do telefonu z taką słuchawką i wybieraniem numerów kręcąc tarczą na ekranie ;)
Następnymi zakupami były zakupy internetowe z Minti Shopu. Muszę pochwalić sklep za bardzo szybką dostawę, zamówiłam jednego dnia, a drugiego dnia o 9 rano obudził mnie kurier. Zakupy ładnie zapakowane w firmową torebeczkę, a w środku:
- różowy Tangle Teezer, wszyscy mają, to ja też się skusiłam. Trochę mnie drapią te ząbki, a poza tym może być.
- kredka do oczu marki Emily. Kredka jest cielista, do linii wodnej, ale tak czy siak jej prawie wcale nie widać, więc tą jedną rzecz muszę uznać za niewypał. Droga nie była, całe szczęście.
- paleta cieni do oczu Zoeva "Naturally Yours". Zdecydowanie lepszy następca paletki ze Sleeka, można się tymi cieniami ładnie pomalować i fajnie pobawić. Albo można wyglądać jak panda, jeśli się przesadzi.
- pędzelek z Zoevy 240 Luxe Petit Pencil, czyli pędzelek do dolnej powieki, do kresek, do podkreślenia linii rzęs. Mały i uroczy, bardzo przydatny. Teraz mam JUŻ dwa poważne pędzle do makijażu, czyli Hakuro H74 i ten Zoevy, jak dla moich kaprawych oczek to chyba starczy.
Gdzieś po drodze kupiłam sobie jeszcze krem z filtrem z Vichy "Dry Touch", przy okazji w kolejce w aptece wysłuchując historii pani, chcącej kupić coś na przeczyszczenie, ale bez cukru. Niestety krem już dwa razy spadł mi z półki i zakrętka się potłukła, więc muszę go teraz walić w opór, żeby go zużyć, zanim wyschnie.
I na koniec jeszcze trochę ubrań- jak wiadomo, moda się powtarza, a to, co na początku budziło nasz niemy sprzeciw, jak spodnie rurki, legginsy czy crocksy, w końcu staje się obiektem pożądania. Tak zamo z butami NB. Najpierw dziwne adidasy dla nerdów, a tera wszyscy noszą. No to ja też sobie kupiłam.
Trochę ciężko wybrać, bo mają tyle kolorów, ale wymyśliłam sobie szare z pomarańczowymi dodatkami, więc jak takie znalazłam, to musiałam kupić. Mam model 373, rzeczywiście są wygodne i mięciutkie. Oczywiście nosimy do normalnych ubrań, nie do sportowych, bo jeszcze ktoś pomyśli, że jakiś sport uprawiam. Mam spodnie z dziurami, więc jedna stylizacja już gotowa. Dobrze by wyglądały też do dresowej sukienki. Niestety trzeba zakładać skarpetki do balerinek, bo z wystającymi skarpetami będzie się wyglądać jak przygłup.
Kupiłam sobie jeszcze jeansową ramoneskę, bo odczuwałam potrzebę jeansowej kurteczki. Jest to dość wymagający ciuch, bo w zależności od stylizacji, można w niej wyglądać uroczo i kobieco, albo jak James Hetfield z Metalliki. Jeśli chcecie wyglądać jak Hetfield, to załóżcie biały t-shirt bez dekoltu, kurtkę, spodnie jeansowe i buty NB z wystającymi skarpetkami. Dla lepszego efektu można jeszcze wysuszyć włosy z dyfuzorem. W związku z powyższym Iwona szafiarka poleca taką kurtkę do bluzek na ramiączkach, do spódnic i sukienek. Oczywiście do tego wszystkiego zakładamy buty NB. Podobno hitem nadchodzącego sezonu będą spodnie dzwony 7/8... :/ 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...