czwartek, 8 czerwca 2017

Wielkie Greckie Wakacje vol. 2

Sequele nie zawsze się udają, bo albo pomysł już zgrany, albo jeden aktor nawali, albo po prostu "to już nie jest to". Podobne obawy towarzyszyły mi, gdy planowałam kolejne już Wielkie Greckie Wakacje, jednak nic z tego! Wakacje nie okazały się klapą! Wielkie Greckie Wakacje zawsze muszą się udać! Opa!

Tym razem los skierował nas na wyspę Zakynthos, słynącą z żółwi. Oprócz tego słynie z oliwek, pięknych plaż, malowniczych skalistych wybrzeży, przejrzystej wody, dobrego jedzenia, sympatycznych mieszkańców... eee, to w sumie masło maślane o całej Grecji.
Już po lądowaniu (zaraz po brawach) przywitała nas, inaczej, niż w zeszłym roku, piękna pogoda. Bez problemu (inaczej, niż rok temu) znalazłyśmy rezydentkę, trafiłyśmy do autokaru i ruszyłyśmy w średnio długą podróż do hotelu, bez stłuczki drogowej po drodze (jw.).

Po obu stronach krętych dróżek rozpościerały się gaje oliwne, nieznacznie tylko zasłaniane przez leżące co jakiś czas hałdy śmieci. Dojechałyśmy do hotelu, dostałyśmy klucze do pokoju, wniosłyśmy walizki na 2 piętro i byłyśmy już w domu! 
Pokój ładniejszy niż na Korfu i na pewno większa łazienka, nie dało się siedzieć na sedesie w trakcie brania prysznica, tylko spłuczka kiepsko działała i czasem przez pół nocy rezerwuar nam czule plumkał.
Na jakie atrakcje można liczyć na Zakynthos (oprócz retsiny, oliwek i piwa Mythos)? Przede wszystkim piękne widoki, tak piękne, że czasem się gapiłam z rozdziawioną gębą...

zdj. Beata B.

zdj. Beata B.
A na dodatek, oprócz gapienia się z rozdziawioną gębą, można było zrzucić ciuchy i wskoczyć do tej pięknej, szmaragdowej wody! (lepiej najpierw zamknąć gębę)
zatoczka przy Keri

to żadna z nas
Popływałyśmy trochę przy plaży Xygia, gdzie ledwo dopłynęłyśmy do brzegu, jak dwa żółwie, potem ja jeszcze trochę pływałam przy przylądku Keri (to chyba najpiękniejsze miejsce na wyspie, choć tam co 5 kroków przewodniczka mówiła, że to jest najpiękniejsze miejsce, tu jest najpiękniejszy widok itd itp.), a potem nasz piracki statek zawinął do portu, tylko najpierw musiał zwinąć piracką flagę, przy wtórze tuszu z Piratów z Karaibów, a potem jeszcze załoga zaprezentowała taniec pijanego greckiego marynarza na wzburzonym morzu (miało to chyba być sirtaki, czyli wariacja nt. tańca ludowego, czyli wariacja nt. wariacji, czyli twórcza improwizacja). Zapomniałam powiedzieć, że przez połowę rejsu statek skakał po falach jak młody delfin, a w efekcie połowa pasażerów leżała na dolnym pokładzie z workami lodu na głowach- ale nie my!!
nasz statkos pirackos

Na razie zmęczyłam się trochę tym pisaniem, bo od pół roku chyba nie pisałam żadnej notki na blogu, więc zostawiam Was na razie z refleksją, że to prawdziwe zdjęcia, a nie fotoszop, a jeśli nie wierzycie, to lećcie i przekonajcie się sami!







czwartek, 12 stycznia 2017

A może pisarką będę ja?

Chciałabym napisać książkę, marzyłam o tym od dawna. Nie za bardzo wiem, o czym ta książka miałaby być, chyba najbliżej mi do fabularyzowanej biografii, coś w stylu "Towarzyszki Panienki" Jaruzelskiej, czyli opowieści o sobie w formie krótkich esejów, nie pisanych chronologicznie, z których powoli wyłania się, tkany ze wspomnień, aluzji i anegdot, obraz życia. Oczywiście zapanowałaby cenzura, bo absolutnie nikt nie musi wiedzieć, jak to na przykład kiedyś, kiedy miałam około 12 lat, poszłyśmy ze starszymi kuzynami na lody, a ja wstydziłam się te lody sobie sama zamówić, więc obrażona wróciłam do domu.
Czytam teraz "Brud", kolejną książkę autora "Pokolenie Ikea" (ale hej, pierwszej jego książki nie czytałam) i widzę, że ten nurt polskiej literatury lubi dosadne określenia, lubi, żeby słowo, oznaczające męskie narządy płciowe było na każdej stronie, lubi też słowa określające stosunki seksualne. Skóra cierpnie na samą myśl, że może gdzieś, całkiem niedaleko, w Miasteczku Wilanów, żyją tacy ludzie, jak opisywany w książce Relu...
Podobnie było w powieści "Coraz mniej olśnień" Ałbeny Grabowskiej, choć tu penisy i pieprzenie były przedstawione w bardziej przemawiającej do czytelnika formie, czyli nie aż tak nachalnej i odrażającej. Ogólnie książka godna polecenia, zgrabnie napisana, trochę zaskakująca, momentami wzruszająca, opisująca ludzkie uczucia z ludzkiej perspektywy.
Po drugiej stronie stoją paździerze, które ledwo się czyta i aż dziwne, że ktoś to wydaje. Na przykład opisywana już przeze mnie "Miłość w kasztanie zaklęta", której pretensjonalny tytuł to dopiero początek, o tak, to DOPIERO początek... albo "Czas pokaże" Anny Ficner- Ogonowskiej. Przebrnęłam tylko przez kilkadziesiąt pierwszych stron, bo autorka z uporem maniaka opisywała i okraszała mnóstwem epitetów wszystkie czynności swojej bohaterki, wsadzając jeszcze gęsto retrospekcje, również usiane mnóstwem epitetów. Jedyna rzecz, którą zapamiętałam z tej książki, to fragment "miała jeszcze w ustach smak obiadu". Zapamiętałam, bo to wyjątkowo nieapetyczne.

Jak bym opisała swój dzień, jako wielka pisarka?
Jest 11 stycznia 2017. Godzina 17.13. Dziś nie idę do pracy (ani do pracy numer jeden, ani do pracy numer dwa). Wstałam koło 10, na śniadanie zjadłam odgrzaną wczorajszą pizzę. Wczorajsza pizza to jedno z najlepszych śniadań, ewentualnie mogłaby być pasta jajeczna z majonezem z bułką fitness z Lidla, ale nie chce mi się rano ani gotować, ani lecieć do Lidla. Tu powinien być jakiś dosadny fragment, więc napiszę, że drapię się w miejscu, gdzie łączą się nogi. No wiadomo, normalka. Zakładam ubranie i robię sobie kawę rozpuszczalną, czyli z poidła dla bydła. Co chwila sprawdzam powiadomienia na komórce i odpisuję koleżankom na messengerze. Idę zaraz na zakupy, więc myję zęby, zakladam soczewki i robię sobie makijaż. Gąbeczka do podkładu skacze jak opętana po mojej twarzy, na której, dzięki Bogu, nie ma jeszcze za dużo znaków upływu czasu. Potem delikatnymi ruchami, których nauczyłam się od urodowych guru z Youtube, rozcieram cień na powiekach. Na policzki nakładam róż Orgasm (ha! kolejne obsceniczne słowo) na który musiałam pracować 5 godzin, ale uważam, że czasem każdemu się należy. Zwłaszcza osobie, która nie ma perspektyw oszczędzania na nic.
12 stycznia 2017. Dziś czytałam w pracy "Brud", jedna pani spojrzała tylko i stwierdziła- O, czyta pani? Ja nie dałam rady.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...