wtorek, 29 października 2013

Narzekanie na przemijanie i Revlon Colorstay

Zbliżają się święta listopadowe i po odwiedzinach cmentarza naszło mnie kilka refleksji na temat przemijania. Koleżanka podesłała mi linka do bloga jakiegoś jej znajomego, trenera TU!. W skrócie- ma (miał) syna w naszym wieku, rocznik '86. Miesiąc temu wykryto u Janka (nie znałam chłopaka, ale co będę pisać "tego", "on", "jego") nieoperacyjnego guza mózgu. Miał pożyć jeszcze 3 miesiące, pożył 3 tygodnie. Był człowiek- nie ma człowieka. Możecie sobie poczytać te wzruszające, ale też mądre notki. Ja bym nie potrafiła w takiej sytuacji chyba sklecić dwóch zdań, a co dopiero takie przemyślenia.

"Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. To nie jest poetycki banał. To jest diagnoza z operacji wyrywania serca na żywca..."

Smutek. Z jednej strony kto się urodził, ten też umrze i to jest oczywiste, ale jak żyć, cały czas o tym myśląc? Można by stwierdzić, że życie to zbędny wysiłek, bo i tak każdy skończy tak samo. No ale mało kto tak twierdzi, a nawet jeśli ktoś tak twierdził, to już go nie ma wśród nas. 
Gdzieś usłyszałam takie mądre zdanie, że ludzie, którzy umierają, nie odchodzą, tylko się przenoszą do naszego serca. Taki banał, ale można sobie powtarzać, żeby sobie dodać otuchy. Ludzie i zwierzęta, oczywiście :)
Niedawno zmarł ten hitlerowiec, którego złapano w Argentynie i deportowano do Włoch. Do końca życia miał chyba przekonanie, że Hilter miał rację, a po śmierci nikt nie chce, żeby go pochować w danym miejscu. Włochy go nie chcą, Niemcy go nie chcą, jego rodzinne miasto go nie chce, co zrobić? Wystrzelić w kosmos chyba ;)
TU! możecie obejrzeć kilka zdjęć, które zrobiłam kilka lat temu na Powązkach. Nie krytykujcie mnie za głupie tytuły po angielsku.
na Wólce Węglowej

na Wólce Węglowej 
Kończę tematy ściśle cmentarne i wracam do wątku kosmetycznego. Skoczyłam dziś do Rossmana, po TEN! krem, ale niestety go nie znalazłam. Niepocieszona wrzuciłam do koszyka dwie maseczki Ziaji, wymazałam rękę cieniem Color Tattoo (nie zeszło po 2 myciach) i podeszłam do szafy Revlona, popatrzeć na podkłady. Przy szafie stała pani ekspediantka i coś tam upychała czy wycierała kurze. Gdy podeszłam i zaczęłam oglądać colorstaye, zapytała się mnie, czy pomóc w wyborze koloru. Okazało się, że to nie była zwykła rossmanowa ekspediantka, tylko wizażystka (tak miała napisane na identyfikatorze), miała różne pędzle i pomazała mnie podkładem, co było bardzo przyjemne :) W sumie nie doradziła mi nic odkrywczego, bo dobrała mi kolor, który ja sama bym sobie wybrała na podstawie swatchy z internetu (czyli 150 Buff), ale przynajmniej chwilę pogadałyśmy o technikach aplikacji itd. Przekażę dla potomności, pani poleca Beauty Blender, a z tańszych gąbeczki z Inglota. Na pewno zdecyduję się na ten podkład, gdy moja sytuacja finansowna się trochę ociepli.

Miałam napisać recenzję ciastek Brzydkie& Dobre, ale to już innym razem. Jeśli kogoś obraziło zestawienie tych dwóch tematów (śmierć i kosmetyki) to serdecznie przepraszam.


piątek, 25 października 2013

Je veux ! Je veus quelque chose

Tak tłumacz google tłumaczy "Chcę coś!" Wiadomo, jak bywa z tłumaczem google, ale nie zapoznałam się nigdy z językiem Franków, może i szkoda. Wredonika zaczęła się uczyć rosyjskiego i w "międzyczasie" się go nauczyła, a ja w tym samym czasie nic nie robiłam i języka żadnego nie umim. No umim angielski, na tyle, żeby seriale po angielsku oglądać. Serial po angielsku i napisy po angielsku, to wtedy nadążam z słuchaniem i czytaniem i rozumieniem, bo bez napisów to czasem ciężko ten bełkot zrozumieć. Aktualnie seriale, na których kolejne odcinki czekam, to Homeland i Hart of Dixie. I trochę Grey's Anatomy, choć już mam dość tych zawiłości sercowych, które można krótko określić "każdy z każdym", oraz tragicznych finałów sezonu, gdzie zawsze połowa obsady ginie (nie wiedziałam, że praca w szpitalu jest aż tak ryzykowna).
katastrofa samolotu- finał 7 sezonu
Shooting- finał któregoś wcześniejszego sezonu
 Były jeszcze katastrofa promu, trzęsienie ziemi, lawina błota i inne tragiczne, oraz bardzo prawdopodobne zajścia.
Seriously??

Zmieńmy temat, postanowiłam zrobić listę życzeń, co bym chciała mieć, gdyby dobra wróżka mnie zabrała kiedyś na wycieczkę po sklepach :)
  • podkład Revlon Colorstay for Oily & Combination skin
  • paletka Inglota Freedom (oczywiście nie sama paletka, tylko jeszcze z wkładami!)
  • szminka Rimmel Airy Fairy (tak ją zachwalają na blogach, może rzeczywiście fajna jest)
  • baza pod cienie z Essence, ale jeśli dobra wróżka da mi bazę z Urban Decay, to nie będe robić awantury.
  • jakieś ładne perfumy! może być Si Lolita
  • świeczki z Yankee Candles albo z Bath & Body Works. A zresztą, sama sobie kupię, tzn mam plan, żeby kiedyś pojechać do sklepu YC (na ul. Zwycięzców *.* ) i kupić na Święta każdemu zestaw świeczek zapachowych, co ja mam myśleć jeszcze, co komu na prezent kupić? Dałam jednej cioci na prezent świeczkę B&BW Twilight Woods, ale raczej nie doceni, tylko postawi na półce razem z baterią innych świeczek zapachowych i innych kurzołapek, a potem kiedyś dostanę ją w spadku :P
  • Świeczka, nawet podobał mi się zapach

  • bawełniane rękawiczki z rosska, takie na noc, żeby łapki nakremować czy naoliwić i iść spać
  • setki lakierów z Essie (mogą być tysiące)
  • pracę
  • jakąś dobrą herbatę, ale nie czarną. Pani dietetyczka mówiła, żeby się odzwyczajać od kawy i herbaty oraz odtruwać organizm, więc teraz piję zamiast herbaty: miętę, melisę, pokrzywę, zieloną herbatę, dziką różę i malinę z różą. Nie odczuwam jakoś braku herby, ale teraz cały czas boli mnie głowa i mam pryszcze. Rozumiem, że to znak, że mój organizm się odtruwa. Albo i nie.
Jak każda szanująca się mieszkanka Upper East Side, czyli Warszawy, zaczęłam chodzić do terapeuty. Jeszcze mi nie powiedziała, że mój przypadek jest beznadziejny. A co!
Warszawa z okna tramwaju

sobota, 19 października 2013

O zalotnicy niebieskiej

Nie będę pisać notek o kosmetykach, bo nie wychodzą mi ładne zdjecia, poza tym po odwiedzinach bloga Uroda i Włosy stwierdziłam, że tego nie przebiję i nie ma nawet co próbować ;) zresztą nie mam środków na kupywanie co tydzień koszy nowych kosmetyków, żeby mieć o czym pisać. Nie moja bajka (a nawet Bajkał czy Baikal Herbals)

Z twórczością Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej spotkałam się pewnie w LO, jak to zwykle bywa z większością literatury pięknej. Z jednej strony mam wrażenie, że wpisanie jakiejś książki do kanonu lektur to najlepszy sposób, żeby ją obrzydzić ludziom, ale z drugiej jest to jakaś motywacja (przynajmniej dla niektórych), żeby sięgnąć po daną książkę. Jest pewna "baza" powieści, dzieł kultury, do których często pojawiają się odniesienia w filmach, innych książkach, artykułach. Taka sieć związków i odniesień, którą wypada znać, żeby się móc jakoś orientować w tym "kulturalnym" świecie. Nie będę tu wymieniać konkretnych książek, bo sama mam spore braki- nie czytałam "Czekając na Godota", ani "Czarodziejskiej Góry" ;) Za to "Nad Niemnem" bardzo mi się podobało. Nie rozumiem, czemu kogoś nudziły te opisy, przecież miłość Jana i Justyny wyciska łzy z oczu!


Wracając do tematu- ostatnio wpadły mi w ręce dwie bardzo ciekawe książeczki, autorstwa Magdaleny Samozwaniec, czyli siostry Pawlikowskiej. "Maria i Magdalena" oraz "Zalotnica niebieska", które są w sumie hołdem dla przedwcześnie zmarłej tej "wróżki, boginki poezji", jak o niej pisze siostra. Warto przeczytać te książki, jako wnikliwe studium życia i mentalności ludzi z tamtej epoki, a także jako "oprawę" dla poezji Pawlikowskiej ("Lilki", jak była nazywana przez rodzinę i przyjaciół). Dowiemy się o niezwykłej wrażliwości tej nimfy, o jej trzech małżeństwach, o wielkiej i namiętnej miłości do Pawlikowskiego, która zresztą skończyła się rozstaniem, bo niestety poetki również są zdradzane, a wszystko to przy akompaniamencie pięknych liryk.

niedziela, 13 października 2013

O pędzlu czarnym koszmarnym

Pisałam już kiedyś o tym pędzlu, że tani, że całkiem niezły, ale... Ale właśnie. Okazało się, jak zwykle, że nie wszystko złoto (srebro) co się świeci, oraz nie należy sądzić książki (pędzla) po okładce (po opakowaniu?). Nie należy również chwalić dnia przed zachodem słońca, ani kobiety przed śmiercią, jak czasem powtarzają różni panowie.
Pędzel kupiłyśmy hen hen dawno temu, za jakieś 5zł, w porywach może do 7, ( w zwykłej drogerii, nie miał chyba żadnej marki) ale na pewno nie więcej, niż magiczny kupon z Mieszkiem I. Pedzel dzielnie mi służył od tamtej pory, może był trochę drapak, ale no trudno, jest taki, jaki jest, po co mi lepszy?

Aż pewnego pięknego dnia przypomniałam sobie, że pędzle się myje. Aha, no czytałam gdzieś o myciu pędzli, myje się w szamponie, potem się suszy i git. Nio to może ja też spróbuję umyć mój pędzel, bo nigdy go nie prałąm, to nie wiadomo, ile tam brudu już narosło.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam.

Wzięłam kubeczek po jogurcie, wzięłam szampon Babydream, rozmieszałam z wodą i chlup pędzel do środka! Pomieszałam pędzlem dwa razy i w kubeczku stała się woda ciemna, jak noc listopadowa. Podejrzane, nie takiego efektu się spodziewałam. Raczej myślałam, że będzie koloru cielisto- pudrowego, ale nie czarne, jak atrament!
Podejrzliwie zmieniłam wodę, efekt się powtórzył. Zmieniłam wodę i dosypałam proszku do prania- znó to samo. Przy piątym płukaniu dalej efekt był taki sam O_o


Tu- jakby ktoś chciał się dokładniej przyjrzeć czarnej wodzie i czarnemu pędzlowi.
Ja wiem, że nie był to najlepszy pędzel do makijażu na świecie, ale jednak zbiera mi się na emesis, jak pomyślę, że się tym miziałam po twarzy przez kilka lat. Malowałam trochę akwarelami i ten pędzel był naprawdę mocniej napigmentowany, niż niejadna czarna farba akwarelowa!
Strasznie przeżycie. Oczywiście już mieszka w koszu na śmieci, a ja kupiłam sobie pędzel z Ecotools, w nagrodę za zdanie egzaminu teoretycznego na PJ.

Lekcja z tego płynie taka: myjcie pędzle dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny!


piątek, 4 października 2013

Lakier Bell Fashion Colour

Nadchodzi jesień (a razej, patrząc za okno, nadchodzi ZIMA), więc najwyższy czas, żeby uzupełnić toaletkę o jesienno- zimowe kolory lakieru. Mój pierwszy wybór padł na lakier Essie "Wicked", w brązowo- bordowym kolorze. Już chciałam biec do SP, ale pomyślałam sobie - Zaraz, zaraz, moja panno! Przecież to lakier jak każdy inny, nie ma sensu płacić 35zł tylko dlatego, że ma napis ESSiE! 
No co racja, to racja. Poszłam więc do osiedlowej drogerii i kupiłam lakier Bell Fashion Colour nr 313. Ciemny bordowy brąz, kolor ciemnych powideł śliwkowych.

Nie pokazuję więcej paznokci, bo powszechnie wiadomo, że nie umiem malować paznokci. Moim sposobem na malowanie paznokci jest: maluj po paznokciu, po bokach i po spodniach, reszta się wykruszy, na paznokiu zostanie :P
Na wierzchu top coat z Essie (coś z Essie jednak musiało być ;))
Ładny? może być? pasuje na jesień?

Byłam dziś w Urzędzie Pracy, kto nie był, ten nie wie, co go ominęło. UP jest położony w podwórku, żeby do niego dojść, trzeba skręcić koło parkingu, przejść na tyły pierwszego budynku, minąć restaurację i po tym slalomie jest Urząd Pracy. Można go poznać po ludziach koczujących na schodkach. Nie jest to klientela MOPSu, ale widać, że niektórzy są chyba na bezrobociu "nie od wczoraj".
Jak wygląda urząd? Ja jestem raczej przyzwyczajona do tego, że gdy wchodzi się do urzędu, to człowiek tylko się modli, żeby się nie zgubić w tym pałacu. Ale nie tym razem. Tu panuje gminna przaśność, wąski korytarz, masa ludzi, beznadziejna organizacja przestrzeni, brak wystroju wnętrz. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby w UP nie natknąć się na kogoś, kto nie śmierdzi ;) Hmm, za dużo przeczeń, nie wiem, czy dobrze sie wyraziłam. Zawsze ktoś śmierdzi. I zawsze usiądzie kolo ciebie. Jeśli akurat wszyscy zaznali higieny w ciągu kilku poprzednich dni, to trafi się pani pachnąca Pao Raban za 20zł z bazaru (na pół korytarza), albo ktoś, kto w kieszeni ma chyba popielnicę z kiepami na później, bo inaczej nie da się wytłumaczyć tego papierosowego smrodu...
Pieczątka, następna wizyta dnia, dać pani zaświadczenie na przejazd? Do widzenia. Czy ktoś kiedyś znalazł pracę przez UP? Wątpię.

wtorek, 1 października 2013

Recenzja pewnej paletki i eko pędzla

Nie działam zbyt prężnie w społeczności bloggerowych czy youtube'owych zakupo i kosmetykoholiczek, więc nie będzie to typowa recenzja, ale skoro już kupiłam produkt na algierze, to mogę się podzielić z wami moją opinią na ten temat :)
Jak widać, zakupiłam również pędzelek z Ecotools- nr 1203 . Ma rączkę z bambusa, bez farby czy innej izolacji, więc przynajmniej nic nie będzie odłazić :)
cena: 16zł
dostępność: Rossman
ocena: bardzo dobry
Jest to duży pędzel do nakładania cienia na całą powiekę. Ja w praktyce robię nim wszystko, cieniuję, rozcieram, tylko do dolnej powieki albo do kresek cieniem używam pędzelka z Seforki.

Nie będę zamieszczać 10 zdjęć pod tytułem "Mój nowy kosmetyk pod różnym kątem" co niektórzy robią. (Serio, jak zaglądacie na blogi kosmetyczne, to chyba wiecie, o co mi chodzi :))
Dodam tylko duże zdjęcie paletki, żeby ktoś mógł sobie dokładnie kolory obejrzeć.
Paletka Sleek Au Naturel
W opakowaniu jest folia z nazwami wszystkich kolorów.
Górny rząd od lewej:
nougat, nubuck, cappucino, honeycomb, toast, taupe
dolny rząd od lewej:
conker, moss, bark, mineral earth, regal, i oczywiście noir.
cena: 36zł + koszty wysyłki
dostępność: internet
ocena: dość dobre
Cienie są małe (wymiary paletki 7x14cm ), są fabrycznie zapakowane w śliczne tekturowe pudełko (myślałam, że ten wzór będzie na paletce, a nie na opakowaniu, któe idzie do wyrzucenia :(( )
Jest to dobry zestaw dla kogoś, kto chce się pobawić makijażem, bo gama kolorystyczna jest neutralna, chyba każdemu będzie pasować. Są jasne i ciemne kolory, można zrobić makijaż dzienny albo wieczorowy. Do paletki była dołączona dwustronna pacynka, ale ja nie uznaję takich pacynek, więc lala gdzieś zaginęła w akcji. Jedynym minusem jest średnia trwałość tych cieni na mojej powiece. jak wracam do domu, to są zawsze zrolowane w załamaniu powieki. Chyba powinnam brać przykład z księżnej Kate, która 10 min przed wyjściem z nocnego klubu leciała do ladies room i poprawiała makijaż, żeby paparazzi jej nie przyłapali z rozmazanym okiem :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...