czwartek, 8 października 2015

Mój pies jest chory. Co robić?

Wydaje mi się, że już sporo podobnych notek powstało, więc zastanawiałam się, czy warto pisać coś takiego. Pomyślałam, że może jednak kogoś to skłoni do refleksji. Jeśli ktoś trochę się zastanowi i zmieni swój punkt widzenia, to może jednak warto napisać te parę słów. 

Wystarczy przygarnąć szczeniaka czy kociaka od znajomych, których suczka lub kotka akurat urodziła dzieci. Na początek smycz czy kuweta, jakieś szczepienia, wyprawka dla maluszka, karma ze sklepu zoologicznego, prawdopodobnie ta reklamowana w telewizji, bo przecież jest dobra. Nie trzeba mieć pozwolenia na posiadanie zwierzaka, nie trzeba pisać testów, każdy ma prawo mieć zwierzę.
Na początku problem jest ignorowany. Zwierzak ma dziś gorszy dzień, ma słabszy apetyt, może zaczyna grymasić. Ma wymioty czy biegunkę- coś mu widać zaszkodziło. Nie chce się bawić- może już się starzeje. Problem się utrzymuje- zapala się czerwona lampka, jakieś poczucie odpowiedzialności za tego zwierzaka, w końcu jest markotny, chyba się coś z nim dzieje. Czasem też objawy zaczynają być uciążliwe dla właściciela- sika w domu, brudzi dywan, zaczyna od niego śmierdzieć. Coś trzeba z tym zrobić. I wtedy właściciel wklepuje pytanie do internetu. Mój pies jest chory, co robić?

Pytanie w internecie nic nie kosztuje, a może ktoś coś doradzi, może czyjś pies miał coś podobnego i pomógł mu jakiś domowy sposób? A może to coś niegroźnego i wystarczy obserwować? Wszystko po to, żeby właściciel poczuł się lepiej, poczuł się usprawiedliwiony. A zwierzę? No przecież nie powie, że je boli.

Właściciele często ignorują, bagatelizują, udają, ze nie widzą oznak choroby. Znamienne słowa w "Chorobach wewnętrznych małych zwierząt" (książka amerykańska, żeby nie było, że to tylko w Polsce)- "Guzy gruczołu mlekowego często są obserwowane na wiele miesięcy przed zasięgnięciem porady weterynaryjnej". Myślę, co czują ci właściciele. Czy przez kilka miesięcy liczą na to, że guz się zmniejszy? Czy boją się przyznać, że pies jest ciężko chory i wolą tego nie zauważać? Czy może po prostu wcale ich to nie obchodzi?

Telefon do lecznicy od stałej klientki. Pies sąsiadów zachorował i leży od wczoraj bez pomocy, więc pani pokryje koszty jego leczenia, ponieważ jego właściciele nie mają pieniędzy i nie mogą się tym zająć, poza tym chyba zdrowie psa nie jest u nich priorytetem. Nie ma żadnej fundacji, która by sfinansowała leczenie psa i oddała go właścicielom, każda fundacja może co najwyżej przejąć zwierzę i potem je leczyć. Może tak jednak byłoby lepiej? Przemiły, młody, łagodny pies, z pewnością by znalazł nowy dom.
Posiadanie zwierzęcia to nie prawo. To luksus i obowiązki. Na taki luksus nie każdy zasługuje.

Późnym wieczorem ludzie przynoszą psa do lecznicy. Pies w ciężkim stanie, standardowo "wczoraj jeszcze wszystko było dobrze", więc trzeba przeprowadzić pełną diagnostykę, podejrzenie krwawiącego nowotworu w jamie brzusznej. Czekamy na wyniki podstawowych badań, jednak rano właściciel dzwoni z pretensjami, że stan psa się nie polepszył, on musi go uśpić i po co zostali naciągnięci na badania, trzeba było psa od razu uśpić.

Obserwowane od jakiegoś czasu w mediach społecznościowych- plaga porzuceń starszych yorkshire terrierów. A więc porzucenie psów to nie coś, co dzieje się na wsi, gdzie ludzie wyrzucają z domów kundle. Ci ludzkie kiedyś specjalnie kupili sobie za kilkaset złotych przemiłego, słodkiego yorka, pieska modnej rasy. Wydawałoby się, że piesek "rasowy", trochę kosztował, więc chociażby z tego powodu będzie miał jakąś wartość. No i ma, dopóki nie stanie się starym, śmierdzącym, sikającym pod siebie, złośliwym z powodu starczej demencji, brzydkim dziaduniem. Tu sentymenty się kończą. Przywiążę pod sklepem i po niego więcej nie wrócę.

Nie każdy musi mieć zwierzę. Jeśli już przygarniasz pod swój dach zwierzę, masz obowiązek zapewnić mu taką samą opiekę jak sobie albo swoim dzieciom. Nie można czuć się dobrze i patrzeć, jak zwierzę choruje sobie po cichu. Najgorsze jest to ciche przyzwolenie na cierpienie, bo właściciel przecież wie, że zwierzę się źle czuje, ale nic z tym nie robi.

Starsza pani przynosi do lecznicy małą suczkę, też starszą. Na brzuchu guz, pani sama się przyznaje- no trochę to zaniedbałam... Okazuje się, że to przepuklina wypełniona ropomaciczem, czyli macicą w stanie zapalnym z ropną treścią. Leczenie tylko operacyjne, rokowania niepewne. Koszt około tysiąc złotych. Mówię o tym właścicielce, pytanie- Operujemy? A pani na to- Operujemy! Najwyżej miesiąc nie będę jeść! Operacja się udała, suczka przeżyła.

Praca lekarza weterynarii to praca z ludźmi. Ludzie są różni, niektórzy potrafią uskrzydlić, inni podcinają skrzydła. Zdarzają się oszołomy, przemądrzalcy, bogate sknery, chamy, prostacy. Oczywiście większość to normalni, mili ludzie, z którymi przyjemnie się rozmawia, mają śmieszne powiedzonka na temat swojego Lucka, Albusia, Pusi, Kici, Brusika czy Maksia. Jednak czasem zdarzają się tacy, którzy nawet nie próbują zapewnić zwierzakowi opieki. Przychodzą jeden raz na wizytę, a na kontynuacji leczenia się nie pokazują.
Przyszli do mnie klienci z yorkiem z chorym zębem, pyszczek opuchnięty, piesek bardzo cierpi, bo nawet nie pozwala się dotknąć. W książeczce wpisy o wcześniejszym leczeniu tego zęba antybiotykiem, zdziwiłam się, bo taki stan zazwyczaj wymaga już usunięcia zęba. Podałam leki, kazałam przyjść na usunięcie zęba i .... nie przyszli do tej pory. Nie wierzę, że psu się polepszyło, więc właściciele pewnie patrzą na niego i olewają. Albo jeżdżą coraz dalej do lecznic, żeby w każdej się pokazać tylko raz, usłyszeć to samo, co ode mnie i nigdy już tam nie wrócić. Ze wstydu.

W większości lecznic można rozłożyć płatność na raty. Nie ma problemu, jeśli ktoś mówi- zapłacę później. W ostateczności (choć tego nie pochwalam, ale lepsze to niż nie zrobić nic) można nawet nie zapłacić, ale prędzej zrozumiem takie oszustwo, niż brak pomocy żywej istocie.
Niestety czytałam już wiele poruszających, drastycznych postów na forach internetowych, opisujących ciężkie objawy u zwierząt, krwawą biegunkę, ropiejące rany, wymioty od miesiąca... I to pytanie: Mój pies jest chory, co robić? Czy tak trudno wpaść na to, żeby z nim iść do weterynarza?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...