środa, 29 lipca 2015

Wszystkie kary na mnie idą

Pierwsza kara rozpoczęła się podczas pobytu na działce, gdy obudziłam się po kiepsko przespanej nocy na uroczym tapczaniku. Tapczaniki są dziełem mojej mamusi, która, jak zawsze, najpierw pół roku jęczała, że coś tam trzeba kupić, a potem nagle i zupełnie spontanicznie kupiła jakieś sklejkowo- dyktowe tapczany na bazarze (niee, Ikea to za daleko, jak my stamtąd dowieziemy) i od tego czasu jęczy, że są niewygodne. Cóż, życie, życie jest nowelą. Choć może biorąc pod uwagę, jak się zabieram do malowania pokoju, pewne cechy rodzinne są jednak rodzinne. Jednak zamieszczę zdjęcie, na jaki kolor bym chciała pomalować pokój.
Sypialnia w kolorach Sweet Memory, farby Dulux
No powiedzmy. Szkoda tylko, że mam meble w kolorze olchy, więc może trzeba byłoby przemyśleć, jaki inny kolor by do tego pasował. Dobra, kończę już tą dygresję.
Obudziłam się rano po nocy nieprzespanej na tym madejowym łożu (niestety bez żadnego Madeja, kimkolwiek miałby być), wzięłam z szafki telefon, a w tym momencie lewa ręka puściła telefon i z premedytacją walnęła mnie w twarz. Telefon spadający na twarz i atakująca ręka trochę mnie rozbudziły, więc podniosłam się z łóżka i zauważyłam, że lewa ręka się rusza, choć nią nie ruszam. Na początku wydawało mi się to śmieszne, ale po chwili stwierdziłam, że ogólnie to nie wiem, o co chodzi, mam chyba udar albo coś w tym stylu. Po kilku minutach udało mi się zacząć ruszać ręką, ale przypominało to sterowanie sondą wysłaną na Plutona- nic nie działało automatycznie, tylko musiałam świadomie wysyłać sygnał- ja do ręki, ja do ręki, czy mnie słyszysz, złap klamkę... itd. Okropne uczucie, całe szczęście powoli stopniowo zaczęło ustępować, ale jeszcze przez kilka godzin miałam rękę trochę obcą. Wniosek z tego taki, że w nocy ręka musiała mi bardzo zdrętwieć i takie były efekty.
Tego samego dnia wracałam do domu z działki (całe szczęście lewą ręką obsługuje się tylko kierunkowskaz, w sumie mało ważna rzecz w Warszawie, gdzie kierowcy lubią być tacy taaajemnnniczy, żeby nikt nie wiedział, gdzie jaśnie państwo jedzie), zjadłam wieczorem kanapeczkę i poszłam spać. W nocy śniło mi się, że zjadłam coś nieświeżego, obudziłam się i zgadnijcie co- to nie był sen, błeeeee. Niedobrze mi, brzuch mnie boli jak sto pięćdziesiąt, temperatura prawie 39 stopni, a w głowie mętne wspomnienie kanapeczki w pastellą jajeczną, która wcześniej spędziła x czasu poza lodówką i wracała w bagażniku samochodu.... Bueeeech. Całe szczęście stan nie wymagał interwencji sił boskich i zakończył się w miarę szybko, a tego samego dnia wieczorem nawet pani w Biedrze spytała się mnie o dowód, a potem się okazało, że byłam od niej o 4 lata starsza. Buahaha.
Trzecia kara nadeszła po tygodniu, gdy w pracy chciałam kotu podać tabletkę, oczywiście z taką miną- ohoho, co za problem, zaraz podam pani kotu tabletkę, proszę tylko patrzeć, hahaha, ta DAM! i wyjmuję z kociego pyska przegryzioną na pół tabletkę wraz z przegryzionym paznokciem. Na początku jeszcze nie bolało mnie tak strasznie, więc myślałam, że może nie będzie tak źle, ale potem BYŁO ŹLE. Niestety przez kolejne dwa dni dalej musiałam chodzić do pracy, więc profilaktycznie obandażowałam sobie cały palec, jakbym miała go co najmniej złamanego, ale i tak na świecie byłam tylko ja i mój palec, zatopieni w uniwersum bólu. Palec, palec, palec. Palec wielkości szafy, na drzewie rosną małe paluszki, za oknem latają paluszki, w telewizji paluszki, kierownica samochodu ma paluszki, cały  świat porośnięty palcami jak trawą. Palec tak spuchnięty, że myślałam, że eksploduje, boli na okrągło, od samego patrzenia, w nocy sen o tym, że sobie odcinam ten palec i komuś oddaję do wyleczenia, bo niby czemu ja muszę się z tym palcem męczyć? Na podstawie mojego palca mogłam dokładnie prześledzić rozwój zapalenia, bo po dwóch dniach rozmiażdżona tkanka mojego palca przeszłą z fazy tumor rubor calor dolor do fazy ubi pus ibi evacua, czyli mówiąc po polsku, po prostu pod paznokciem zebrała się ropa, którą bez żadnych problemów udało się bezboleśnie usunąć. Skutkiem ubocznym niestety było to, że paznokieć nie trzyma się za dobrze ropy, a już tym bardziej tego, co zostaje po usunięciu ropy, więc od tamtej pory, czyli dokładnie od 3 tygodni, mój paznokieć trochę lewituje, a ja modlę się, żeby szybko odrósł. Oczywiście brałam antybiotyk doustnie, moczyłam w sodzie i w rivanolu, tylko aloesu sobie nie przyłożyłam, bo z bolącym palcem nie chciałam jeszcze majstrować przy obcinaniu liści aloesu, bo to by się skończyło poważniejszymi uszkodzeniami.
I czemu te wszystkie kary na mnie ido? Bo jestem kobietą, która nienawidzi ludzi! Tak!

czwartek, 23 lipca 2015

Lato w mieście

Co lubię w lecie w mieście?
Banalnie- lubię ten spokój, mniejszy pośpiech, gdy jest mniej ludzi na ulicach, widać rodzinki pakujące się do samochodów z tobołkami, parasolami, piłkami plażowymi. Lubię długie wieczory i wczesne ranki, gdy jest jeszcze chłodno, lubię letnie ubrania.
Lubię krótkie wypady za miasto, jak na przykład ten do Ciszycy. Nie zrobiłam za dużo zdjęć, bo bałam się, że mi się zapiaszczy aparat. Wypad oceniam bardzo pozytywnie, może oprócz tego, że piasek miał milion stopni Celsjusza, Farenheita i Kelvina razem wziętych. Gdy przyjechałyśmy na plażę, jeszcze dało się jakoś po nim przejść, ale koło godziny 14 po prostu parzył tak, że ledwo dało się po nim przejść. Niestety plaża ma jakieś 200m szerokości, więc te 200m po prostu trzeba pokonać na piechotę, cierpiąc. 

Jak wreszcie dotarłyśmy w drodze powrotnej do samochodu (przypominam, samochód bez klimatyzacji), to poczułam, że mam te dwa miliony gruczołów potowych z reklamy leku na pocenie się. Żeby to zobrazować, napiszę jeszcze, że wypiłyśmy dwa piwa bezalko i sporo wody ciepłej jak siki (trzeba brać torbę termiczną, wykrzyknik!) i nie chciało nam się sikać. Woda w Wiśle obrzydliwa, ma smrodek, chociaż to przed Warszawą niby, jest szlamik na dnie, ale mimo to jacyś straceńcy się kąpali. Jedyny powód, dla którego weszłam do tej wody, to dlatego, że już nie mogłam wytrzymać tego gorącego piachu.
Lubię wieczorem siedzieć na balkonie i patrzeć, jak miasto stygnie. Niestety nie zawsze dostaję zaproszenie na balkon do Wredonisi, a mój balkon nie oferuje żadnej rozrywki, oprócz tego, że jest balkonem. U Weronisi przynajmniej są krzesełka i nie są to krzesełka wystawione tam tylko po to, żeby na nich się wietrzyła pościel ;)
Wredonisia mogłaby napisać notkę o swoich kwiatkach na balkonie, ale to by było chyba coś w stylu Pani Basi z klatki B, czyli tragedia Posejdona :)
Lubię okulary słoneczne, w których każdy dobrze wygląda, lubię sandały, bo nie trzeba ich wiązać jak trampki i noga się nie poci jak w balerinkach.
Lubię letnie kolory lakierów do paznokci, na przykład różowy, jak Rimmel Salon Pro Angel Wings. Najpiękniejszy jest Cute as a Button z Essie, ale akurat go nie mam :(

A czego nie lubię?
Nie lubię być spocona, nie lubię, gdy z twarzy mi spływa krem, makijaż i co tam jeszcze jest, nie lubię, gdy inni ludzie są spoceni, bo to nieprzyjemne. Nie lubię jeździć samochodem, gdy jest tak gorąco, bo nie mam klimy. Nie lubię dziwnie porozbieranych ludzi, ale nie będę drążyć tego tematu, żeby nie narzekać. Dość wspomnieć, że nie rozumiem, czemu faceci zdejmują koszulki, koniec kropka.
Nie lubię smarować się kremem do opalania, bo brudzę sobie nim ubrania. Nienawidzę, gdy jest tak gorąco, że nie da się spać. I tak co roku, lato właśnie jest w pełni, a potem się skończy i będziemy już narzekać na jesień :)
w żółtych płomieniach liści...



piątek, 3 lipca 2015

Lato, lato, lato czeka...

Razem z latem czeka rzeka
Razem z rzeką czeka las
A tam ciągle nie ma nas!

Ale już byłyśmy tam, gdzie czeka rzeka, na garnuchowym weekendzie we wsi Łazy, którą już kiedyś tak pięknie opisała Wredonisia http://wredonika.blogspot.com/2011/09/gwizday-my-oj.html
Weekend zaczął się w piątek, gdy styrane pracą wsiadłyśmy do miszubiszi i pognałyśmy drogą wyszkowską w kierunku odwrotnym do zachodzącego słońca. Wcześniej jeszcze byłam na szybkich zakupach w Biedrze, ale niestety nie było sosu tzatziki firmy Zott, więc kupiłam tylko w pytę kurczaka, cukinii, chipsy, napoje i inne smakołyki. Pozostałe uczestniczki wycieczki też zrobiły podobne zakupy, więc ogólnie jedzenia było w bród, żeby nie pisać do wyrzygania, bo to nieładnie.
Przyjechałyśmy na miejsce i rozpoczął się grillujący wypoczynek!
W trakcie grillowania słuchałyśmy wspaniałych przebojów, takich jak "Little Crazy Party Girl" albo cała dyskografia zespołu Kelly Family, a ja byłam zmuszana do picia piwa Kasztelana powiększonego do 568ml GRATISSS pod groźbą oblania herbatą. Psy dzielnie uczestniczyły w grillu.
Grill zjedzony, garnuchy się pospały, wcześniej jeszcze w tv obejrzałyśmy wywiad Kuby Wojewódzkiego z Moniką Jaruzelską i Gosia się dowiedziała, że Jaruzelska napisała więcej niż jedną książkę, a co gorsze jak te książki przeczytałam. Rano trzeba wstać, nie za bardzo rano, bo koło 11, ale niestety psy zbudziły się wcześniej, bo wstałam się napić wody. Po śniadanku wreszcie czas na plażowanie!
Co za radość, co za szczęście, pies wykąpał się nareszcie!
Cały dzień spędziłyśmy na plaży, rzucając psu coraz większe patyki, kąpiąc się w wodzie po kolana i opalając blade nóżki. Co za cudowny dzień, gdy nic nie trzeba robić, na plaży mało ludzi, ciepło, ale nie gorąco, a wieczorem czeka grill i szaszłyki!
Następny dzień był w przybliżeniu powtórką poprzedniego, tylko wieczorem trzeba było wziąć łaszki pod paszki, ogarnąć się i wrócić do Warszawy. Zostało nam trochę niezjedzonego kurczaka, którego wurzuciłyśmy do lasu, żeby sobie zjadł jakiś lisek, ale po 5 sekundach przyleciał wsiowy burek i skonsumował.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...