wtorek, 26 maja 2015

26.05.2015

Dziś będzie notka o niczym, czyli wpis lifestyle'owy okraszony kilkoma moimi przemyśleniami na temat przemijania, konsumpcyjnego stylu życia i triumfu materii nad duchem. W TeleTygodniu czytałam cotygodniową kolumnę Ilony Łepkowskiej, poświęconą jej przemyśleniom na bieżące tematy (jeden z moich ulubionych działów TT, oprócz streszczenia Klanu oraz Zdrowia i Urody). Tym razem pani Ilona pisała o tym, jak to w dzisiejszych czasach kładzie się nacisk na ciało i kulturę fizyczną, a pomija się sferę ducha. No i chyba istotnie tak jest, bo o wiele więcej znajomych chwali się, ile km przebiegło, że było na nartach gdzieś albo zjadło organiczną sałatkę z komosy, niż tym, jaką książkę przeczytali czy na jakiej sztuce byli. Może jakaś część jeszcze chodzi na koncerty, no ale nie wiem, czy koncert Vavamuffin, gdzie po raz 10 słyszę te same (oczywiście bardzo fajne) piosenki jest taką typową strawą dla ducha.
Więc istotnie, teraz następuje odwrót od wysokiej kultury na rzecz tej prostszej, łatwodostępnej, pod postacią seriali czy filmów w internecie (ale wara mi od Wspaniałego Stulecia! Akurat Nigar Kalfa się przespała z Ibrahimem, a kolejny odcinek mi się zacina, złooo!). Widać takie czasy. Kiedyś gotowanie było zwykłą, codzienną czynnością, teraz gotowanie jest trendy. Kto by kiedyś oglądał takie programy jak Ugotowani?
mój haul zakupowy
Sama lubię sobie pooglądać na youtubie filmiki o tym, kto co sobie kupił, zakupy spożywcze czy kosmetyczne, a potem jak głupia lecę do sklepu, żeby kupić sobie jakiś kosmetyk, polecany przez jakąś tam Misię XX. Reklama, marka, a najlepiej taka zakamuflowana reklama jednak działają na mózg, nawet jeśli człowiekowi się wydaje, że sam dokonuje wyboru. To takie przemyślenia po obejrzeniu filmiku Karola Paciorka o tym, czy jesteśmy anonimowi w internecie i ile inni o nas wiedzą przez internet. Tak naprawdę- prawie wszystko. Byłam w ciężkim szoku, gdy, po powrocie z Teneryfy, wrzuciłam zdjęcia na komputer, udostępniłam koleżankom przez Google+, a Google na podstawie, jak przypuszczam, danych z logowania mojej komórki, stworzył historię naszego pobytu na Teneryfie, razem z mapą, gdzie danego dnia byłyśmy O_o.
To dzieje się bez naszego udziału, ale jak często my sami ujawniamy informacje o sobie, żeby pokazać, gdzie byliśmy, z kim, co robiliśmy... Permanentna ekshibicja!
w każdej notce musi być kot
A po co to wszystko? Żeby ktoś kliknął "Lubię to", czyli tak naprawdę z potrzeby kontaktu z innym człowiekiem, z potrzeby akceptacji.
Miałam napisać jeszcze o tym, co sobie ostatnio kupiłam z kosmetyków, ale to chyba jednak jest głupie, więc ograniczę się do wypisywania recenzji na KWC i zamieszcę mój autorski makijaż, pt. Jaki Pan, Taki Kram, czyli z taką gębą nic się nie zrobi. Był to eksperyment z użyciem taśmy klejącej, oraz cienia Regal z paletki Sleek i cienia Kobo Irridescent Pink.
Ciemne oko w stylu Evy Green, która też ma opadającą powiekę i mogłaby być naszą trzecią bliźniaczką, z tą różnicą, że ona jest piękną kobietą...



czwartek, 21 maja 2015

Bożenka kiedyś i dziś

Nieliczni pewnie jeszcze pamiętają, że w moim życiu pojawiła się kotka Bożenka, było to pod koniec sierpnia 2014. Niedługo po pojawieniu się u mnie w domu kotki Bożenki, nasz poprzedni ukochany kot Ravic pożegnał się z życiem, co nadal wywołuje u mnie łzy oraz smutek. A może smutek wywołuje łzy, albo jakoś tak. W każdym razie teraz w naszym domu panuje tylko i wyłącznie kotka Bożenka, zwana też Bozią, BożeNiunią, Bożencjon, Bożydarą, Boziulką oraz małą gnidą.
Chciałam zrobić ładny kolaż z jej zdjęć, kolaż wyszedł dziadowy, ale nie szkodzi, zaraz wstawię kilka moich ulubionych zdjęć Bożenki.
Życie z Bożenką ma swoje wzloty i upadki, największym upadkiem dla Bożenki był chyba wypadek samochodowy, w którym uczestniczyłyśmy, no dokładniej to była stłuczka, ale na pewno była to do tej pory najgorsza rzecz, która Bożenkę spotkała. Oprócz tego spotkała ją jeszcze sterylizacja, a dokładniej mówiąc obie te rzeczy wydarzyły się jednego dnia, przypadek? Nie sądzę.
Życie z Bożenką wystawia naszą cierpliwość na wielką próbę, bo choć jest piękna, to jest też bardzo okrutna. Najgorszą jej bronią jest sikanie i kupkanie poza kuwetą, a w tej materii jest tylko jedna prawidłowość- jeśli dawno nigdzie nie nasikała, to oznacza, że zaraz gdzieś będzie kałuża :)
W tym miejscu pewnie jedyne czytelniczki mojego bloga, czyli M. i P. będą się rozpływać nad tym, jakie to ich koty są mądrzejsze od Bożenki, przyjmuję to na klatę, trudno. Kolejną niesamowitą cechą Bożenki jest jej wielki apetyt, można bez przesady powiedzieć, że od kiedy tylko przestała pić z butelki, to pochłania bez wahania (i chyba też bez zbędnego wąchania) wszystko, co tylko stanie na jej drodze. A więc kocie jedzenie- może być, ludzkie jedzenie- nawet lepiej, ciasto, kotlety, ciasto nawet surowe...
czy wierzycie, że kiedyś była taka malutka??
Bożenka jest śliczna, ale chyba nie zrobi kariery na kociej wystawie, bo jest bardzo strachliwa i pewnie by obsikała sędziego, nie wiem, czemu taka jest. bo wychowywaliśmy ją tak samo, jak Ravika, a Ravic był bardzo ciekawskim koteczkiem.
jedno z moich ulubionych zdjęć- Bożenkowazonik
Takie niby małe kocie coś, a jednak człowiek się przyzwyczaja :) Niech Bożenka żyje długo i szczęśliwie, no ona to na pewno nam z tym sikaniem prędko nie daruje i do dwudziestki dociągnie :)

środa, 6 maja 2015

Weterynarze wszystkich krajów, łączcie się!

Nie mam zamiaru krzewić idei komunistycznych (jak w książce Bellagrand, fuu), ale jaka jest sytuacja, każdy wie i postanowiłam to naświetlić. Z mojego punktu widzenia, oczywiście.
Dodaj napis
Możecie powiedzieć, że nie ma co narzekać, tylko trzeba się wziąć do roboty, może i bez pracy nie ma kołaczy, może to i prawda. Gdzieś czytałam, że nikt lepiej nie ukręci bata na wolny zawód, niż jego przedstawiciele i jest to prawda. Czy 10 lub 12 zł za godzinę to dobra stawka? Można by powiedzieć, że tak, ale nie do końca. Co innego dostawać 12zł za godzinę netto, albo chociaż brutto, na umowie o pracę, a co innego dostawać tyle na rękę, ale na własnej działalności. Można pracować za 10zł/h plus prowizja od utargu, co przy 40h tygodniowo da jakąś tam znośną sumę, powiedzmy, że koło 3 tysięcy na miesiąc. No dobrze, dopóki opłacamy preferencyjny ZUS w wysokości w 2015r 446,20zł. Ale to trwa tylko przez dwa lata, po tym okresie składka wzrasta do ok 1000zł, a czy ktoś w firmie się pyta pracownika- przepraszam, czy pan opłaca preferencyjny ZUS, czy już nie? Oczywiście, że się nie pyta, pensję masz taką samą. No chyba, że po 2 latach sumiennej pracy dostaniesz podwyżkę, ale podwyżka to potwór z Loch Ness, prędzej chyba wylecisz z roboty, niż ją zobaczysz. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest łączenie kilku prac, doba ma 24h, w ciągu dnia wciśniesz dwa dyżury po 6h.
Dodaj napis
Czemu o tym piszę? Nie jestem jakąś anarchistką, nie uważam, że to wina państwa, bo ja doskonale wiem, że to wina pracodawców, a nie kogoś innego. Weterynaria działą na zasadzie małych firm, zatrudniających po kilka- kilkanaście osób, więc rachunek jest prosty- szef musi zapłacić pracownikom pensje, a reszta (po odliczeniu kosztów stałych) trafia do jego kieszeni. Im mniej zapłaci, tym więcej ma. Dołączmy do tego niepewną sytuację młodych osób na rynku pracy, które zaraz po studiach godzą się na pracę za 10zł/h, zgadzają się na 200h godzin pracy w miesiącu, bo wierzą, że ciężka praca zostanie jakoś nagrodzona. Nic bardziej mylnego i taka biedna dusza w końcu wyczerpana rzuca pracę, tylko po to, żeby trafić na kolejnego podobnego wyzyskiwacza. Nie chcę generalizować i nie mówię, że każdy jest taki, może to nieliczne przypadki, ale piszę to z własnego doświadczenia oraz z zasłyszanych historii. 
Dużo też zależy od nastawienia szefa, bo jeśli widzę, że szef też ma nocne dyżury i siedzi w pracy po 18h, to wiem, że angażuje się w swoją firmę. Co innego, jeśli szef wpada sobie na chwilkę do firmy, robi to, co akurat musi, a zaraz potem wypada, mówiąc, że ma ważne spotkanie na mieście itd. No może jeszcze w przelocie powie, że lekarz w szpitalu na dyżurze pracuje też po 18h, więc w czym problem, albo że on by chciał płacić swoim pracownikom tyle, ile lekarz weterynarii zarabia na zachodzie, no ale NIE MO-ŻE. 

I jaki z tego wniosek? Może taki, że sami się na to zgadzamy. Może taki, że weterynaria to hobby dla żon bogatych mężów i mężów bogatych żon. Może taki, że trzeba otwierać własne lecznice, a jeśli ktoś nie chce, boi się kredytu i zobowiązań, to musi pracować za te 10zł/h. Resztę wniosków wyciągnijcie sami. 
A może wniosek jest taki, że trzeba szukać innej pracy?

Nie wymieniam nikogo z nazwiska, ani nie podaję zbyt oczywistych cech, więc nikt nie ma prawa czuć się urażony, choć dla osób związanych bezpośrednio z pewnymi firmami będzie pewnie jasne, o kim pisałam ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...