czwartek, 28 marca 2013

Coaching i inne takie

Samorozwój, samoświadomość, samodoskonalenie, siedemset siedemdziesiąt siedem filarów pozytywnego myślenia, afirmacja sukcesu, autopromocja... Fuj. Czy ja naprawdę muszę? Ja zawsze chciałam tego uniknąć, ja nie chce brać spraw w swoje ręce!
Pastereczka z koteczkiem, czyli moje alter ego.
Tysia wysłała mi linka do bardzo interesującego artykułu: Chcesz dostać pracę- zmień myślenie , który nie ukrywam, jest trochę gorzką pigułką do przełknięcia. Streszczając: ludzie szukający pracy wpadają w (moja nazwa) "chińską pułapkę pesymistycznego myślenia", czyli samowytłumaczanie się, czemu pracy brak. Pracy brak, bo żyjemy w takim kraju, pracy brak, ale znajomi też nie mają pracy, więc nam raźniej w kupie, pracy brak, bo za dużo absolwentów i tak dalej. To trochę pociesza, ale nas do znalezienia pracy nie przybliża. Żeby znaleźć pracę trzeba być optymistą, bo optymista lepiej wypada na rozmowach, a nie (tak jak autorka)  całą swoją postawą zdaje się mówić "Dzień dobry (wiem, że nikogo nie szukacie, ale), zostawię swoje CV". Więc trzeba się rozprawić z generatorem problemów na poziomie molekularnym, na poziomie swoich własnych przekonań. Czy naprawdę jest tak źle, czy tylko sobie to wmawiamy? Trzeba wyeliminować błędy w myśleniu i wymyślić coś nowego.
Nie jest to dla nas dobra wiadomość. Szukamy pracy w wyspecjalizowanym zawodzie i na ograniczonym obszarze, więc jeśli pracy nie ma, to... to... trzeba by się przekwalifikować? Żeby zyskać nowe możliwości? Coś zrobić, coś wymyśleć, ale co?

I jak do jasnej ciasnej, przenajświętszej anielki, wyłączyć Avira toolbar? :[ 



wtorek, 26 marca 2013

Myjcie zęby

Któregoś dnia nie umyłam zębów na noc. Staram się nie zapominać, ale stało się. Trudno trzeba jakoś z tym żyć.
Potem zauważyłam, że od incydentu nieumycia zaczęły zmieniać zabarwienie. Nie pomogły pasty wybielające, szczoteczki elektryczne... Zaczęły robić się zielone. Poszłam do dentystki mojej i usłyszałam, że glony wyjątkowo agresywne mi atakują siekacze. Trzeba szybko wdrożyć leczenie!!!!
Niestety było już za późno. Glony przeniosły się na narządy wewnętrzne. Pomimo hospitalizacji zmarłam w młodym wieku.

Takie miewam dziwne sny.
Oczywiście sennik nie powie mi wprost co znaczy: "umieranie na glonicę układową".
Ale:
Zęby są symbolem jaźni, a także odzwierciedlają stan naszego zdrowia fizycznego i psychicznego. Kiedy zęby we śnie są zepsute lub w jakiś sposób chore czy ułomne, najprawdopodobniej w jakiejś dziedzinie nie jesteśmy wobec siebie szczerzy – np. w życiu uczuciowym, zawodowym czy rodzinnym. Możemy ten symbol interpretować też jako zwiastun agresji i przejaw tego, w jaki sposób przetwarzamy bodźce docierające do nas z zewnątrz – w końcu najważniejszą funkcją zębów jest gryzienie i żucie pokarmu. Jeżeli w naszym śnie przeżuwamy coś bez końca, być może w normalnym życiu mamy problemy z podejmowaniem ważnych decyzji?

Glon, glony - znaczenie snu
Pojawiające się we śnie glony sugerują najczęściej, ze jesteśmy w czepku urodzeni. Błędem byłoby więc nie skorzystać z szans, jakie zsyła nam los.  
sen o czyjejś (lub swojej) śmierci może mieć następujące znaczenie: odcięcie od starych problemów, nowe życie, odrodzenie, transformacja, uwolnienie się od starych obciążeń, związków, stylu życia; a także lęk przed śmiercią; radykalne zmiany;znajdziesz się w dużym dołku psychicznym; będziesz „umierał” z żalu, rozpaczy, nawet z nudy; mocno podupadniesz na duchu; załamanie psychiczne; depresja; niechęć do życia, do podejmowania aktywności
źródła:
http://twoj-sennik.pl
http://www.sennik.biz


piątek, 22 marca 2013

Włosy ciąg dalszy

Spodobało mi się pisanie o pielęgnacji włosów, więc dziś będzie dalsza część, zrobiłam też dla Was kilka zdjęć, żeby było ciekawiej ;)
Ilustracja nr 1: włosy pod mikroskopem.
Na 1. zdjęciu widać końcówkę włosa uciętą nożyczkami, następne zdjęcie (góra prawo) to środek łodygi włosa, już widać odstające łuseczki, włosek się psuje, kolejne zdjęcie to prawie koniuszek, widzicie na dole pojawiające się podłużne pęknięcie, no i ostatnie zdjęcie o Boże Bożenko!! Włos rozdwojony, rozdarty jak sosna z Judymem O_o a na końcu coś jak czułki ślimaka :P
Zdjęcie mojego autorstwa, mikroskop z Lidla, i Ty możesz być małym naukowcem i badać włosy, prawie jak dr KT! (dr KT w artykule opisywała łamliwość węzłową włosa, gdzie włos wygląda jak dwa wbite w siebie pędzelki, też to miałam, ale niedawno byłam u fryzjera i już nie mam ;))
Kolejne zdjęcie: część moich kosmetyków do włosów
Tak, to jest podkładka pod laptopa z Ikei
od lewej strony:
Olejek do masażu z Alterry z papają, można go stosować na włosy, nic złego im nie zrobi. Swojego czasu w internetach panował szał na ten olejek, ale chyba tylko dlatego, że przez jakiś czas nie był dostępny w Rossmanie. Na allegro buteleczki chodziły po 60zł, szaleństwo. Pachnie ładnie, ale nie zauważyłam żadnego boskiego działania.
Szampon rumiankowy z Green Pharmacy, jestem pozytywnie zaskoczona, bo myślałam, że po takim ziołowym szamponie włosy będą szorstkie i "tępe". Dobrze się pieni, wydajny, pachnie rumiankiem, tani.
Biowax do włosów suchych i zniszczonych, maska do włosów- moim zdaniem jest lepszy od zielonego Biowaxu, włosy są miłe, zapach trochę chemiczny- to mały minus.
Biowax serum A+E, produkt zabezpieczający na końcówki, szczerze mówiąc nie podzielam zachwytów. Miałam nadzieję, że będzie wygładzać i obciążać włosy jak biosilk, ale jakoś się nie mogę z nim dogadać. Ładnie pachnie i tyle.
Maska Beauty Formulas z Avocado, dziś użyłam jej pierwszy raz, na razie jestem zadowolona. Mały minus- w składzie ma hydrolised collagen, wyobrażam sobie, że to kolagen z jakichś skór bydlęcych, fuu.
Słoiczek na mocz, bo będę się dzielić tą maską z siostrą, co dwie głowy, to nie jedna :)
Skrzypowita jestem w trakcie 3 opakowania, jedno opakowanie starcza na 42 dni, więc już około 100dni kuracji minęło, nie zauważyłam dużych efektów. Może paznokcie się mi trochę mniej łamią. Chyba po tym opakowaniu już nie będę kupować następnego, może przerzucę się na Vitapil, albo na coś zupełnie innego.
Olej z pestek winogron, bardzo dobrze działa mi na włosy, są po nim milsze i przyjemniejsze, zdecydowanie lepsze efekty U MNIE niż po olejku Alterry.
Nie pokazałam Wam odżywek Garniera i Dove, ale to takie kosmetyki drogeryjne, nic ciekawego o nich bym nie powiedziała. Koniec, pa, dobranoc, pozdrawiam :)

czwartek, 21 marca 2013

Włosomania

Cofnijmy się w czasie- kiedyś włosy były tylko włosami i służyły do tego, żeby można je było związać w kucyk. Potem przyszły czasy liceum i okazało się, że włosy można zafarbować na czarno, żeby lepiej pasowały do czarnych glanów (Ameryki nie odkryję, jeśli powiem, że w tym wieku człowiek jest bardzo podatny na wpływy rówieśników). Czarnymi włosami można odpowiednio wymachiwać w rytm piosenek Rammsteina, ale raczej tylko w domu, bo na mieście bym się wstydziła. Tiaa... no były takie czasy :) 

Niestety szybko potem zorientowałam się, że chyba coś jest nie tak z włosami, bo zaczęły się puszyć i stroszyć. Nie miałam internetu ani forum wizaż, więc jedyne co wymyśliłam, to odżywka L'Oreala, pamiętam, że kilka ładnych butelek tego zużyłyśmy, ale efekty były mizerne (wierz w siłę reklam, heh).
 Ale tu  na ratunek przybył kolejny cud i wytwór cywilizacji, odkrycie na miarę podpasek i prezerwatyw, czyli PROSTOwniCA do włosów. Prostownica została nabyta po tym, jak poszłam do fryzjera i pani w salonie mi wyprostowała włosy z użyciem prostownicy i jakiegoś magicznego sprayu. Cud się stał i włosy były jak nie moje! Ciężkie, proste, mięsiste, można by je jeść garściami, no wspaniale!

Niestety w domowym zaciszu okazało się, że to, co pani fryzjerce zajęło 10 min, jest dość trudne do powtórzenia, dużo się zużywa magicznego sprayu, a efekt się długo nie utrzymuje. Jak się znów napuszą włosy, to trzeba znów prostować!
Jakoś w tamtym okresie modna była fryzura na boba, więc odważnie zdecydowałam się ściąć włosy. Najpierw trochę, potem trochę więcej. Jak włosy były krótsze, to można je było lepiej poprostować! 
Potem trochę podrosły. Potem znowu podcięłam. Potem zafarbowałam na rudo. Potem obcięłam najkrócej, jak miałam do tej pory, czyli już prawie zupełnie krótko. Potem zorientowałam się, że jednak obcinanie włosów to kiepski pomysł, bo potem trzeba je strasznie długo zapuszczać, albo chodzić co chwila do fryzjera. No to zaczęłam zapuszczać włosy, było to dwa lata temu i na razie efektów nie widać...

To był wstęp. Teraz przechodzę do części właściwej, czyli do Włosomaniactwa. Nie jestem zaprzysiężoną włosomaniaczką, więc nie stosuję się do wszystkich tych rad, ale o co chodzi:
Włosomaniactwo to robienie z włosami i dla włosów więcej, niż normalna, przeciętna kobieta. Załóżmy, że normalna kobieta myje włosy, nakłada odżywkę, farbuje, podcina. 
Włosomaniaczka dokłada do tego jeszcze łykanie suplementów, picie herbatek, odpowiednie szampony (broń Boże te drogeryjne z SLS), odżywki, balsamy,woski, wcierki, olejki, oleje (tak, normalne oleje do smażenia, może być nawet słonecznikowy), maseczka z jajka, z majonezu, indyjskie olejki, zioła chińskie i tak dalej... W zasadzie im dziwniejszy i trudniej dostępny kosmetyk, tym lepiej, wtedy celem życia może się stać zdobycie tej wcierki Kamamimoto ;)
Ja ograniczam się do tego, co mogę dostać w rossku albo w osiedlowej super farmie (jednak ludzie z Warszawy mają szczęście, wszystko pod nosem, no i o ile ktoś nie mieszka na Siekierkach, tam to tylko kłącze tataraku). 
Są odpowiednie protokoły pielęgnacji włosów, otóż włosy dzielą się na wysoko, średnio i nisko porowate (chodzi w skrócie o to, jak bardzo odstają łuski włosa) i każdy typ potrzebuje trochę innej pielęgnacji. Jest protokół (prawie jak w onkologii) OMO- odżywka, mycie, odżywka, jest protokół CG- Curly Girl...




Stosuję maski, olejki, majonezu nie stosowałam, łykam tabletki ze skrzypem, nie prostuję, nie farbuję i już sama nie wiem, po co to wszystko ;) Powyżej zdjęcia zrobione po tym, jak zastosowałam się do wszystkich zasad CG, zastosowałam odżywkę b/s (bez spłukiwania) i włosy schły mi 3 godziny. A efekt był taki. No świetnie, prawie Botticelli Curls, ale niestety kręcą się tylko końcówki, a poza tym efekt nietrwały.
A, włosomaniactwem zaraziła mnie Tysia, którą z kolei zaraziłam ja, nieopatrznie wysyłając jej kiedyś linka do żelatynowania włosów. Swoją drogą ta dziewczyna z bloga to ma piękne włosy, powinna chodzić z torbą na głowie i nie wkurzać ludzi bardziej pokrzywdzonych przez los :/ 
W "The Borgias" Lotte Verbeek ma takie piękne, gęste loki, że mogłaby nimi nakryć siebie i papieża Aleksandra VI, ale to na pewno doczepiane!
Trochę się rozpisałam, mam nadzieję, że ktoś przeczyta do końca :)

poniedziałek, 18 marca 2013

Epic fail

O, jest jeszcze jakaś lecznica, gdzie nie wysłałam cv!
No to szybko, odpalam kompa, szukam maila- sensacja, nawet podali na stronie maila! Część lecznic nie podaje maila, widać wiedzą, jak najlepiej utrudnić życie ludziom szukającym pracy. No mogłabym pocztą wysłać- ale trochę głupie. Zanieść osobiście? Wstydzę się, poza tym nie po drodze. Mam plan zanosić osobiście jedno CV na tydzień, może trochę mało, ale to kompromis między chęcią a potrzebą i koniecznością.
No więc do dzieła! Szukam pdfa z CV, o kurczaki, nie wpisałam ostatniej konferencji. To szukam wersji w wordzie, wpisuję konferencję, wszystko się rozjeżdża, formatuję do kupy  z powrotem, teraz jest za długie i wyłazi na drugą stronę, fak fak. Zmniejszam czcionkę, już jakoś to wygląda, dodam trochę wyślicznień, jakieś cieniowanie, dobra! To zapisuję w pdfie. Oglądam w pdfie, no nie, jeszcze jedną rzecz trzeba poprawić, od nowa... Znów zapisuję, już jest dobrze, super. List motywacyjny w wersji uniwersalnej, zgłaszam swoją kandydaturę, bla bla bla... z przyjemnością spotkam się z Państwem na rozmowie... tralalala, z poważaniem JA.
Adres mailowy- kopiuj- wklej, tytuł maila Szukam pracy (UWAGA, to nie spam!), jeszcze jakaś treśc- tak, jestem looserem, ...szukam pracy, stażu, wolontariatu..., czegokolwiek, podpisane, wysyłam.
Uff...
Zadowolona z siebie patrzę na swoje dzieło, już przyklepane i wysłane. Patrzę i oczom nie wierzę... Szanowna Pani... a właścicielem lecznicy jest mężczyzna...
.
.
.
.
i tak by nie odpisali. Whateva.

niedziela, 17 marca 2013

Jęczybuła

Czyli ja. Marudna i nudna. W dużych dawkach toksyczna.  Otoczona przez bandę masochistów, którzy powinni dostać odpust zupełny za przebywanie ze mną dłużej niż godzinę.
Zawsze milion wymówek, żeby czegoś nie zrobić. Ciągle nie tak, wszystko na odwrót.

- Jak się masz?
- Stara bieda: choruję od dwóch tygodni, nie mam nowych spodni, kilogram przytyłam, zlew garów umyłam, dom wysprzątałam, tak się nalatałam, mam już dość wszystkiego, czy ja mam coś z tego?

Taka standardowa odpowiedź na proste pytanie, które powinno być retoryczne.
Z drugiej strony.

- Jak tam?
- Jest super! Wszystko mi się udaję, premię ciągle dostaję, w luksusach się pławię, byłam na zabawie, zdrowie wyśmienite, ciuchy znakomite, męża mam dobrego, nie powiem nic złego.

Przecież jakbym tak odpowiadała na pytanie grzecznościowe to by ludzie pomyśleli, że jakaś nienormalna.

Cytując  Puchatka: "Kiedy pytają cię jak się masz, odpowiedz po prostu, że wcale".

A teraz do przemyślenia: czy tylko ja jestem jęczybułą?

piątek, 15 marca 2013

Sympatia.pl

Utworzyłam konto na tym portalu, zmartwiona jakością i ilością mojego życia osobistego. Po kilku tygodniach przeglądania panów, wysyłania oczek, czytania wiadomości i pukania się w czoło, doszłam do wniosku, że miłości życia chyba tam nie znajdę, ale zawsze to jakaś rozrywka ;)
Kilka wiadomości, które dostałam od Sympatycznych Panów:

czesc.jestem Jarek,jesli pozwolisz napisze wiecej
nie, nie pozwalam

Jesteś piękną <kwiatek> kobietą <nieśmiały>
ciepło pozdrawiam <tęcza>
Tadek
no fajnie, wchodzę w jego profil- 48 lat 

czesc co u ciebie jak mija dzien
normalnie, siedzę i zjadam przecinki

Pewnie wolałabyś dostać oczko? No cóż, zaszalałem... 
Co powiesz na białą?

do tej pory nie wiem, o co chodziło

hej, co powiesz na seks?
nie, dziękuję, ale punkt za odwagę

Jesteś piękną kobietą, mówił Ci już to ktoś?
o łaskawco, nie, nikt nigdy, na dźwięk tego słowa już zmiękły mi kolana i jestem twoja _-_

I tak dalej, niestety nie mam konta premium, więc nie mam dostępu do archiwalnych wiadomości, a tam było jeszcze kilka podobnych kwiatków. Normalnie same ciacha sezonu. 
Zauważyłam, że panowie się nie krępują, tylko piszą- cześć, co u Ciebie, chciałbym cię lepiej poznać (często z błędami i bez przecinków), chociaż na zdjęciu są tacy, że aż by się chciało powiedzieć- idź do łazienki, spójrz w lustro i zastanów się jeszcze raz, czy chcesz do mnie napisać :| 
W sumie to dobra taktyka, co mają do stracenia? Przeglądałam panów i jak trafił się jakiś ciekawy, to też do niego coś pisałam, ale chyba chyba moje wiadomości były mało intrygujące, bo z tych, którzy MI się podobali, mało kto mi odpisał ;) Na razie- badania dalej trwają.

środa, 13 marca 2013

Rodzynka

Kiedy człowiek przebywa w miejscu o zagęszczeniu 1 osoba/ km kwadratowy inny człowiek to wyczekiwana rodzynka*, która poprawia smak wypieku zdecydowanie. Wiadomo, nie do każdego ciasta można napakować bakalii po brzegi, ale odpowiednia ilość podkreśli smak i doda uroku.
Są też keksy/baklawy i inne bakaliowopełne słodkości, tam ta jedna rodzynka jakoś ginie. Można się bez niej obejść.
Nie każdy lubi rodzynki w serniku lub drożdżowym, ale akurat jeżeli chce może je sobie wydłubać. A wyobrażacie sobie wydłubywanie pojedynczych niesmaczności z keksu?

Spędziłam weekend w mieście stołecznym. Odwiedziłam hipermarket, w którym nie byłam pewnie rok. Miła niespodzianka: Jest jedna kolejka do wszystkich kas! Nareszcie moje modlitwy zostały wysłuchane!
Chciałam się tym odkryciem z kimś podzielić i usłyszałam: Też mi nowość, u nas już dawno takie zrobili, nic specjalnego, ale ty masz problemy.
Halo! Człowiek z lasu jedzie do cywilizacji, cieszy go wszystko, nawet kolejka do kasy! A tu nawet nie może się kolejką w kasie pocieszyć, bo zaraz ktoś go brutalnie na ziemię sprowadzi.

Popatrzyłam sobie na inne bakalie w keksie i stwierdziłam, że od nadmiaru robi się mdło.
Wolę sobie siedzieć w serniku, przynajmniej jak ktoś mnie nie chce to łatwo mnie "wydłubie".

*rodzynka to niby forma potoczna, ale rodzynki to dziewczynki wg mnie ;)

poniedziałek, 11 marca 2013

Śniadanie

Będzie znowu kulinarnie, bo mam dziwne wrażenie, że nie znam się na niczym innym niż gotowanie.
Tzn akurat w tej materii odnoszę sukcesy prywatne, jestem z nich dumna i nikt nie będzie w stanie mi wmówić, że coś mi nie wyszło.

Jeśli chodzi o inne aspekty to jestem tuta timens. (Takie ładne łacińskie określenia, można sobie wpisać w CV znajomość języka łacińskiego na poziomie podstawowym).

Bezglutenowe placki z banana (porcja dla 1 osoby, psa i kota)
  • 1 dojrzały banan
  • torebka ugotowanego ryżu
  • 1 jajko
  • olej

Banana rozgniatamy widelcem, dodajemy ryż i jajko. Łyżką na rozgrzaną patelnie z odrobiną oleju kładziemy placki, jak racuchy, albo jak ziemniaczane, albo jak kto chce. Smażymy na złoto z obu stron.
Podajemy posypane cukrem pudrem, żeby ładniej wyglądały.

Teraz powinna być anegdotka:
Mama do tej pory wypomina jak nasmażyła drożdżowych racuchów, a mała Tysia wykrzyczała radośnie:
- Jaki pyszny ten cukier puder!!!

Więc, żeby uniknąć rozczarowania - potencjalnym konsumentom wcale nie trzeba posypywać.

Przepisy moje zdjęć nie posiadają, bo aparatu chwilowo brak. Proste jak budowa cepa.

* tuta timens - bojący się rzeczy nawet całkiem bezpiecznych


niedziela, 10 marca 2013

Vanitas vanitatis !

Vanitas vanitatis vanitatorum vanitatuensis! 
Marna marność marnością pogania!
Doszły mnie dziś słuchy i naszły przemyślenia na temat marności mojego życia, co sprowadza się do kilku spraw:
Jak mawiał mój kolega (który mnie zresztą teraz nienawidzi)- ludzie zazwyczaj wiedzą, co zrobić z danym problemem. A że tego nie robią- to już inna sprawa. Innymi słowy: każdy problem ma rozwiązanie, jak nie ma rozwiązania, to nie ma problemu.
Zastanawiające jest to, że wolę się przez pół roku przejmować jakąś rzeczą, niż ją załatwić raz, a dobrze. Coś w stylu: muszę iść do fryzjera, muszę iść do fryzjera, bo jak ja wyglądam... no naprawdę muszę... ale nie idę. Muszę zmienić sobie okulary, bo stare mi się nie podobają... no ale jeszcze nic nie zrobiłam w tym kierunku. Muszę wreszcie gdzieś zanieść cv, ale teraz jest za zimno, potem za gorąco, potem buty mi się zepsują, no i jak ja mam to zrobić? Mam zrobić prawo jazdy, ale pracuję na 3/8 etatu i szukam dodatkowej pracy (tzn. tak szukam, że nie szukam, ale nieważne), więc jak ja mam to czasowo pogodzić? Ja nie mam na to czasu! Po prostu paranoja :P
Kolejna sprawa: moją receptą na szczęście jest redukcja oczekiwań. Uznajmy, że dzień, który zaczyna się dobrze, w trakcie którego nie dzieje się nic nieprzewidzianego i który również kończy się dobrze, jest dniem udanym. Nie, nie dniem zmarnowanym, udanym! Zainteresowań dużo nie mam, emocji nie potrzebuję, jeśli w ciągu dnia nie wydarzy się nic złego, to uznajemy dzień za udany!
Myślicie, że to smutne? Może i trochę tak, ale wolę żyć sobie zwyczajnie i prosto, bez wzlotów i upadków. Po co mi to? Po co ja się mam czymś stresować? I tak przecież nic z tego nie będzie!
Trochę to brzmi jak życie starej baby... No ale to przecież nie moja wina, tylko innych! Ich wina! Wina Lenina, Putina, Rywina! I Tuska, to jest zawsze Tuska wina!

czwartek, 7 marca 2013

Konstruktywna krytyka

Dzisiaj oglądałam wiadomości,
a tam konstruktywne votum nieufności,
trzeba wylać trochę złości 
w ramach rządowej sprawiedliwości.
Sączyć jad codziennie z rana,
to jest jak w zupie śmietana,
która przecież jest wspaniała,
to zły cholesterol działa.


Przecież oni tam wszyscy z dobrego serca i dla dobra społeczeństwa.
Też chcę popluć jadem "dla dobra społeczeństwa"! Ja! ja! Proszę....
Ponieważ nikt mi nie zabroni to chciałam zauważyć, że w Warszawie jest 40 młodych, ambitnych, lekarzy weterynarii po studiach na jedno miejsce pracy. Oczywiście jest też dodatkowo 10 lekarzy z doświadczeniem, którzy szukają dodatkowych dyżurów, bo 2 lecznice to mało.
Natomiast weterynarze na prowincji narzekają na brak chętnych do podjęcia zatrudnienia. Na portalu z ogłoszeniami, który jest darmowy i każdy może tam zamieszczać co chce, ciągle te same oferty.
A ponieważ krytyka jest konstruktywna to ja widzę wspaniałe rozwiązanie: niech przyjezdni wracają do domów i tam na prowincji szukają zatrudnienia. Wspaniała moja myśl, niczym: Rozwiążmy problem głodu i bezrobocia, niech głodni zjedzą bezrobotnych
Ogólnie to miasto wyścigu szczurów... a rywalizacja zaczyna się już na studiach. Tylko uczelnia nie robi odsiewu jak trzeba i wszyscy prędzej czy później kończą edukację z dyplomem. Jakby mnie wywalili po drugim roku to bym się obraziła, poszła na coś innego i teraz nie siedziała zła i gnuśna ;)
Zrobiłabym kurs kroju i szycia... 

Jeszcze jedna moja myśl:
Jeżeli zamierzasz narzekać, musisz odpowiednio budować wielokrotnie złożone zdania.
Przykład:
Dzisiaj nie miałam gdzie wysłać swoich CV, ale jest piękna wiosenna pogoda i kto by się tym martwił.
Lepiej to brzmi niż.
Jest piękna słoneczna pogoda, a ja nigdzie nie wysłałam CV, moje życie jest do bani.

A najlepsza jest konstruktywna krytyka w metodzie kanapkowej tak piszą na portalach dla menadżerów.
pochwała -> krytyka -> pochwała
Piękną masz sukienkę kochana, ale trochę nie pasuje do niej ta broszka, za to świetnie dobrałaś buty.
zachwycanie -> narzekanie -> zachwycanie
Taki piękny dzień, a mi jakiś pryszczyk na buzi wyskoczył, ale przecież mam dobry korektor kryjący.




wtorek, 5 marca 2013

Dbanie o urodę

Mamy przedwiośnie, tyle słońca w całej wsi nie widziałam od października. Zaraz trzeba będzie zmienić zimową kurtkę na przejściowy płaszczyk, włosy uwolnią się z niewoli czapki, wełniany szalik zastąpi apaszka w kwiatuszki.
Teraz należy odpowiedzieć sobie na pytanie: jak wyglądam po tej srogiej, śnieżnej zimie?
Jak mają się moje prawie długie, niskoporowate włosy, które fryzjera nie widziały od września, a farby od sierpnia? Przeprowadziłam rozeznanie - werdykt nie jest źle. Ale zdjęć włosów wrzucać nie będę ;)
Cera: bez rewelki, ale bywało gorzej.
Co jest najgorsze... dłonie. Alarm, alarm, rękawiczek w lecie nosić nie będę (teoretycznie to mogę  jednorazowe nitrylowe).
A teraz cofnijmy się do czasów beztroskiej kariery studenta:
Był piękny, słoneczny marcowy dzień. Poranek rozpoczęłam od kawusi i śniadanka, spędziłam w łazience całe 7 minut, żeby jako tako wyglądać, spakowałam notatki i ruszyłam sprawdzić czy koleje mnie dzisiaj niczym nie zaskoczą. Pociąg przyjechał zaskakująco punktualnie, miejsc siedzących było w sam raz. Jak siekiera kata wisiała nade mną wizja kolokwium za 2 godziny, więc zamiast podziwiać widoki rozkoszowałam się spokojną nauką.
Na kolejnej stacji wsiadły matka i córka - dziewczynka na oko 6-letnia. Zasiadły na przeciwko mnie. A co ma robić dziecko w pociągu? Niektóre dzieci bardzo lubią gapić się na innych ludzi. Ta istotka wybrała sobie obiekt i czułam jak mnie lustruje. W pewnym momencie niewytrzymała i zwróciła się do matki konspiracyjnym szeptem:
- Zobacz, ta pani ma ręce jak babcia!

Niestety ta pani po mijającej zimie znowu ma ręce jak babcia...

poniedziałek, 4 marca 2013

sztuka, kultura oraz nauka

Dziś w TV puszczają Avatar i przypomniało mi się, jak kilka lat temu, po premierze Avatara, weszłam na jakieś forum i tam ktoś napisał:
super mega zajebisty, to najlepszy film, jaki widziałem, najlepszy film, jaki do tej pory powstał!
Żal aż moje cztery litery ścisnął, na myśl o prostocie myśli tej istoty, której wystarczy pokazać efekt 3D i fabułę prostą jak budowa cepa (więc możliwą do pojęcia bez angażowania zbytnio zakrętów mózgowia), a istota określi to najlepszym filmem wszechczasów. A co z tego filmu wynika? Dobra, historię o Pocahontas znamy, fajne efekty... no i koniec. Dla mnie dobry film powinien mnie pozostawić po zakończeniu z nieznośnym uczuciem swędzenia i wiercenia w moim umyśle- o co chodziło? Co ten film miał mi przekazać? Czy nie pominęłam żadnego wątku, żadnego smaczku nie przeoczyłam?
Taki Władca Pierscieni- kolejna superprodukcja sprzed kilku lat, no co prawda nie wnosi żadnego przesłania istotnego w życiu współczesnego człowieka, ale przynajmniej opiera się na kawałku dobrej literatury, która leży na solidnych literaturoznawczych podstawach.
Nie jestem znawczynią kina, więc trudno mi oceniać, które filmy są wybitne, a które nie, ale mimo to się wypowiem :) Ostatnio na przykład oglądałam American Beauty i ten film zdecydowanie miał jakieś przesłanie, jeszcze nie doszłam tylko jakie. Był ciekawy i podobał mi się bo...
Byłam w kinie na Poradniku Pozytywnego Myślenia i tez mi się podobał, głównie dlatego, że główni bohaterowie są bezrobotnymi ludźmi z zaburzeniami psychicznymi, ale i tak znajdują miłość i są szczęśliwi. Pracy nie znajdują, albo ten wątek został celowo pominięty.
Jakie jeszcze filmy uznam za godne wzmianki w tej notce? Na Hobbicie jeszcze nie byłam, bo jednak rozbijanie tego na 3 części to już ewidentna komercja i ciągnięcie kasy. Obejrzałam zdjęcia krasnoludów i okazało się, że co najmniej 3 z nich, to niezłe ciacha- no trzeba jakoś ten produkt sprzedać ;)
Rok temu byłyśmy na War Horse (Czas wojny), miało być bardzo wzruszające, w stylu Czarnego Księcia na wojnie, ale w sumie okazało się, że najbardziej wzruszające sceny pokazali już w trailerze, poza tym było w nim jakoś dużo absurdów w tłumaczeniu i hipologicznych. Ciekawostką jest to, że tą historię najpierw wystawiano na deskach teatru, czego sobie nie potrafię za bardzo wyobrazić.
No dobra, jeszcze jeden- Bright Star (Jaśniejsza od Gwiazd), o miłości poety Johna Keatsa i panienki z dobrego domu, której pasją było szycie. Akcji tam prawie nie ma, oprócz tego, że na końcu on umiera na gruźlicę. Tym niemniej bardzo ładne obrazy i można obejrzeć, tylko nie jest zbyt ciekawe, więc lepiej być na to przygotowanym, że nic się nie będzie działo.
To teraz muszę jeszcze napisać o Becoming Jane (Zakochana Jane). Bardzo lubię ten film i bardzo mi się podobał i w ogóle bym napisała więcej, ale to nie miała być notka o kinie na podstawie angielskiej romantycznej literatury, więc już nic nie napiszę o Wichrowych Wzgórzach i zakończę, zanim zacznę się zastanawiać nad tym, czy piękniejszy jest James McAvoy jako Tom Lefroy czy Hans Matheson jako Alec D'Urberville.

niedziela, 3 marca 2013

Kopytka

Zanim wiosna do lasu zawita trzeba będzie poczekać jeszcze tydzień. Breja, plucha, pełno błota, lodowisko na drodze zamienia się w torowisko. Na takim podłożu bardzo dokładnie odznaczają się ślady kopyt końskich, kocie i psie łapki i podeszwy butów też. (tak tak turkusowe kalosze nadal są niezastąpione).
No właśnie, śliczne ślady kopyt przypominają, że Pan kowal dawno moich koni nie widział.
Ale zmierzamy do najważniejszego....
Kopytka przepis podstawowy, wersja bezglutenowa
  • 1 kg ziemniaków
  • szklanka mąki bezglutenowej z gotowej mieszanki
  • 1 całkiem spore jajko
  • sól powiedzmy 1 łyżeczka
  • olej
Przepis dla każdej leniwej gospodyni domowej.
Ziemniaki obrałam i ugotowałam chyba w piątek. Do ziemniaków miała być ryba , ale nie było (z przyczyn zależnych od ryby, a nie złej gospodyni domowej), a nikt samych pyr nie będzie jadł. Leżały sobie smutne ziemniaki w lodówce, trochę się zeschły... Szkoda ich było takie zmarnowane i niedocenione.
Ponieważ nie ma to jak darmowe ćwiczenia fizyczne trzeba było ziemniaki przecisnąć przez praskę.
Świeże są bardziej podatne na obróbkę. Tak jak młody człowiek bardziej podatny na wpływy. ;)
Udało się!
W rezultacie otrzymałam całkiem sypką masę, której nie trzeba było dużo mąki i po do dodaniu tego co potrzeba (patrz wyżej) wyszło ciasto prawie idealne.
Teraz następuje moment, wstawienia wody do gotowania w duuużym garnku. Oczywiście można dodać sól i olej, bo olej po coś jest.
Formowanie:
Taka moja uwaga, jeżeli ciasto się trochę klei, to można ręce posmarować olejem i tak wałkować i kroić oczywiście na równiutkie, skośnie cięte kopytka.
Wrzucamy partiami na wrzątek, gotujemy do wypłynięcia i jeszcze minutkę. Odcedzamy.

Z czym to się je?
Najlepiej z podsmażoną cebulką, a w "wersji bardziej" do cebulki dodajemy pokrojonego i podsmażonego na chrupko kabanosa drobiowego z marketu w kropki. Przynajmniej tak było dzisiaj :D

P.S. mąka bezglutenowa nie jest niezbędna w tym przepisie, jest użyta z konieczności, żeby wszyscy mogli zjeść i nic im nie było :>
mąkę bezglutenową z gotowej mieszanki można zastąpić kukurydzianą i kopytka będą żółciutkie i nadal bezglutenowe
co oczywiste nikt nie broni używać zwykłej mąki pszennej, jest to ekonomicznie uzasadnione
można dodać ugotowany i odsączony szpinak
a mnie kusi ugotowany i starty na drobnej tarce burak ćwikłowy - witaj różowy świecie

piątek, 1 marca 2013

Gotowanie- Hejtowanie!

Miałam napisać o gotowaniu, ale przypomniało mi się, że przecież hejtowanie to coś, co najlepiej mi wychodzi.
Zacznę hejtowanie od prowadzącej program Pyszne 25! Ma jakąś taką dziwną manierę mówienia, taka jest pretensjonalna, że od razu chcę zamknąć laptopa. Ile razy możesz podkreslać, że byłaś w szkole gotowania Le Cordon Bleu?  O ile mnie wikipedia nie myli, to co roku ta szkoła ma 20 tysięcy absolwentów, więc really, to nie jest nic niezwykłego :P Ogólnie dziewczyna sprawia wrażenie, jakby nie miała za dużo wspólnego z gotowaniem, no przykro mi, ale takie mam wrażenie. Jeśli ktoś ma fach w rękach, to się od razu widzi, nie trzeba być znawcą. Popatrzcie, jak kroi cukinię- odkraja z każdej strony takie wielkie "koncówki/dupki" (wiecie o co chodzi), że zostaje jej tylko połowa cukinii do pokrojenia! Ja wiem, że to do TV, że chce to zrobić szybko, ale jak by w domu sama to robiła, to by miała nawyk odkrajania samych końcówek, żeby jak najwięcej zostało do zjedzenia! Brokuł ma łodygę i śliczne, małe różyczki- no dzięki, sama bym tego nie zauważyła... I te jej kulinarne mądrości- że do wody na makaron się nie dodaje oleju i tylko w Polsce panuje taki zwyczaj (kołtuński zabobon). Droga panno, jak się doda oleju, to potem odcedzony makaron się nie klei, a jak się nie doda, to za kilka minut makaron na sitku się zbije w makaronową bryłę, nie do ruszenia.
I te przepisy... spędzisz w kuchni nie więcej niż 25 minut i nie wydasz więcej niż 25zł- niezły dowcip, ogólnie ona prezentuje drogie przepisy. Laska wanilii jest droga, po co mi laska wanilii, wolę sobie kupić cukier waniliNOwy, jestem widać prostakiem bez gustu i smaku, trudno. Czasem przepis kosztuje 25zł, a wychodzą 4 małe porcyjki, HELLO! 25minut może ci to zajmie, jak masz obrane warzywa i wszystko naszykowane. Generalnie z programu nie skorzystałam, bo żaden przepis nie zachęcił mnie do wypróbowania.
Sałatka
Co widać na załączonym obrazku? Seler naciowy, czerwona cebula i koperek.
Sałatka z tuńczykiem

  • 1 puszka tuńczyka w oleju
  • seler naciowy
  • koperek
  • 2 jajka
  • 1 czerwona cebula
  • sól, pieprz
  • majonez
Siekamy składniki (proporcje na oko, żeby było wszystkiego w miarę po równo) doprawiamy solą, pieprzem i majonezem. Do tego jakieś grzaneczki i kolacja pierwsza klasa.
W następnym odcinku będę opisywać moje przemyślenia nt. Ugotowanych
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...